Cześć! 
Początek marca nie rozpieszczał pogodą na tyle, żeby wskoczyć na motocykl i po prostu ruszyć gdzieś po Polsce. Zamiast więc czekać na lepszy moment, skorzystaliśmy z jednej z promocji na bilety lotnicze i polecieliśmy do Maroka, czyli naszego drugiego kraju w Afryce. Tym razem padło na Marrakesz. Jeśli też lecisz tam pierwszy raz, to dobrze trafiłeś, bo po tym wyjeździe mamy kilka spostrzeżeń, którymi naprawdę warto się podzielić.
Gdzie znajduje się Marrakesz?
Marrakesz leży w samym sercu kraju, na równinie Haouz, niemal u stóp Atlasu. I to jest w nim mega już na starcie – z jednej strony masz gęste, tętniące życiem miasto, a z drugiej wystarczy krótka wycieczka, żeby wbić się w zupełnie inny świat górskich dolin. Ta bliskość Wysokiego Atlasu to jedna z tych rzeczy, które najbardziej wyróżniają to miejsce na tle innych marokańskich miast.
To nie jest tylko kolejna pinezka na mapie do odhaczenia. Marrakesz ma ponad tysiąc lat historii (powstał w XI wieku!) i przez wieki był potężnym centrum, które trzęsło polityką i kulturą w tej części świata. Do dziś czuć, że to miasto ma swój „ciężar gatunkowy” i duszę, a nie jest tylko turystyczną wydmuszką.
Pewnie nie raz obiło Wam się o uszy określenie „Czerwone Miasto”. I słuchajcie, to nie jest żaden tani chwyt marketingowy z folderów. Cała medyna, mury i budynki są utrzymane w charakterystycznych odcieniach czerwieni. Robi to niesamowity klimat, zwłaszcza przy zachodzącym słońcu. Nawet w oficjalnych spisach zabytków podkreśla się tę spójność kolorystyczną, więc to faktycznie kluczowy element tożsamości miasta.
Chyba właśnie dlatego Marrakesz tak na ludzi działa. To nie jest nadmorski kurort na leniwe spacery, tylko miejsce, które od razu wrzuca Cię w swój rytm – kurz, kolory, intensywne zapachy i hałas. Masz poczucie, że jesteś blisko tego autentycznego Maroka, a nie tylko wersji pocztówkowej. A fakt, że kawałek dalej zaczynają się góry i berberyjskie wioski, tylko dodaje temu wszystkiemu charakteru.
Jak dostaliśmy się do Maroko?
Polecieliśmy bezpośrednio z Warszawy LOT-em. Bilet kosztował nas około 800 PLN za osobę. Jasne – da się taniej, bo Wizz Air potrafi sypnąć lepszą promocją, ale tutaj wygrała wygoda. W cenie mieliśmy normalny bagaż podręczny (8 kg) plus coś pod fotel, więc na taki city break spakowaliśmy się bez żadnej gimnastyki i dopłacania za każdy centymetr torby. LOT lata do Marrakeszu bezpośrednio (od jesieni 2025 r.) dwa razy w tygodniu, a sam lot trwa około 5 godzin.
Co do komfortu – bądźmy szczerzy. To lot bezpośredni, co jest super, ale lecisz 5 godzin zwykłym Boeingiem 737. Jeśli nie lubicie długiego siedzenia w dość ciasnym układzie, to nastawcie się na lekki trening cierpliwości. Da się przeżyć, ale to po prostu standardowy, wąskokadłubowy samolot, a nie szeroki odrzutowiec na dalekie trasy.
Najsłabszym ogniwem okazało się jedzenie. Przy rezerwacji można wybrać dietę, więc liczyliśmy na cokolwiek sensownego. No i cóż… było słabo. LOT na trasach poniżej 6 godzin serwuje wodę, napoje i „przekąskę”. W praktyce w jedną stronę dostaliśmy marną kanapkę, a w wersji bezlaktozowej jakiś zawijany wynalazek, który wyglądał jak przypadkowy zapychacz.
Powrót to już w ogóle hit – sucha pusta bagietka z bardzo symboliczną ilością czegokolwiek w środku. Zamówiona specjalnie „dieta hinduska” (licząc na coś konkretniejszego) kompletnie nie wypaliła i nie było żadnej alternatywy. Nie zrozumcie źle, to nie zepsuło nam wyjazdu, ale rada na przyszłość: jeśli nie chcecie lecieć o głodzie przez 5 godzin, zjedzcie coś porządnego na lotnisku albo weźcie własny prowiant. Szkoda nerwów na te „podniebne rarytasy”.
Wizy i dokumenty
Dobra wiadomość na start: jako Polacy mamy z Marokiem całkiem wygodną sytuację. Jeśli lecisz turystycznie i nie planujesz zostać dłużej niż 90 dni, nie musisz wykupywać żadnej wizy. Najważniejsza sprawa – musisz mieć ze sobą paszport. Dowód osobisty możecie zostawić w domu, tutaj nic Wam nie da. Pamiętajcie tylko, żeby paszport był ważny jeszcze minimum 3 miesiące od daty wjazdu.
Jeśli chodzi o jakieś dodatkowe formularze czy wymogi covidowe, to na ten moment jest czysto. Maroko zniosło te wszystkie karty zdrowia i papiery. Oczywiście warto to sprawdzić jeszcze raz przed wylotem, bo przepisy lubią się zmieniać, ale obecnie nie ma z tym żadnej zabawy.
Ważne info dla kierowców: jeśli planujecie wynająć auto, polskie prawo jazdy w zupełności wystarczy (możecie na nim jeździć do roku od wjazdu). Oficjalnie międzynarodowe prawo jazdy (IDP) nie jest wymagane, ale… moim zdaniem warto je mieć. W Maroku w urzędach czy wypożyczalniach króluje francuski i arabski. Jeśli traficie na kogoś, kto nie dogada się po angielsku, dokument z francuskimi opisami (które są w IDP) może oszczędzić Wam mnóstwo czasu i tłumaczenia się na migi przy kontroli. Jak takie prawo jazdy wyrobić, opisałem zresztą w osobnym tekście.
I na koniec mały tip: służby graniczne teoretycznie mogą zapytać Was o środki na pobyt. W praktyce zdarza się to rzadko, ale warto mieć pod ręką kartę, wyciąg z konta w apce bankowej, żeby w razie czego pokazać, że macie za co przeżyć ten wyjazd. Lepiej wiedzieć, że taka zasada istnieje, niż zdziwić się na okienku.
Zakwaterowanie
Nasz nocleg w Maroku rozbiliśmy sobie dość rozsądnie: najpierw Marrakesz, potem dwie noce w Essaouirze, a na koniec jeszcze jedna noc z powrotem w Marrakeszu. I szczerze? To był dobry układ. Mieliśmy wynajęte auto, więc nie chcieliśmy robić numeru pod tytułem „oddajemy samochód i lecimy na styk”. Gdyby coś się rypło po drodze z wybrzeża, to zostawiliśmy sobie bezpieczny bufor przed wylotem.
W Marrakeszu na początku zatrzymaliśmy się w Appart Hôtel Amina. Obiekt leży w rejonie l’Hivernage, niedaleko Menara Mall i Avenue Mohammed VI, więc już nie w takim starym, ciasnym Marrakeszu, tylko w części bardziej nowej, spokojniejszej i po prostu wygodniejszej do życia. Z naszej perspektywy była to bardzo dobra okolica: czyściej, spokojniej, bez ciągłego przeciskania się przez tłum i bez wrażenia, że za rogiem zaraz przejedzie Wam skuter po stopie. Sam hotel ma trzy gwiazdki, ale naprawdę dawał radę. Za pobyt zapłaciliśmy kartą, przeliczając z lokalnej waluty około 1315 PLN. Śniadania dostawaliśmy do pokoju i to był bardzo przyjemny motyw, chociaż po kilku dniach człowiek znał już ten zestaw niemal na pamięć.
Jedyna rzecz, która nas tam specjalnie nie zaskoczyła, ale była lekko upierdliwa, to parkowanie. Parking był miejski, przy ulicy, bez parkometrów i bez wielkiej jasności, ile właściwie powinno się zapłacić. Byli za to parkingowi, którzy pojawiali się jak trzeba było zapłacić, ale już niekoniecznie wtedy, gdy chcielibyście zobaczyć jakiś oficjalny regulamin. Ostatecznie udało się to ogarnąć bez dramatu, ale temat parkowania i drogowych absurdów zdecydowanie rozwiniemy jeszcze później, bo sam w sobie zasługuje na osobny fragment.
Potem przenieśliśmy się do Essaouiry. Tam spaliśmy w Hotelu Cruiser Mogador. Za dwie noce zapłaciliśmy około 602 PLN i ten nocleg wspominamy naprawdę dobrze. Hotel sprawiał wrażenie świeżego, parking był bezpłatny, a śniadania jedliśmy już normalnie w części restauracyjnej. Po Marrakeszu i całym jego rozgardiaszu taki przeskok do bardziej przewiewnej, nadmorskiej rzeczywistości zrobił nam bardzo dobrze.
Na ostatnią noc przed wylotem wróciliśmy do Marrakeszu, ale tym razem zamiast klasycznego hotelu wzięliśmy riad — konkretnie Riad La Petite Majorelle. I tu w ogóle mała dygresja, bo my też wcześniej niespecjalnie używaliśmy tego określenia. Riad to w marokańskich realiach tradycyjny dom z wewnętrznym patio albo dziedzińcem, a dziś bardzo często po prostu kameralny nocleg urządzony w takim dawnym domu. W praktyce: mniej sieciowego standardu, więcej lokalnego charakteru, ale też czasem więcej dziwnych niespodzianek. Samo pojęcie riadu właśnie tak jest dziś najczęściej używane w Maroku — jako określenie tradycyjnych domów przerobionych na małe obiekty noclegowe.
Za tę ostatnią noc zapłaciliśmy około 269 PLN i lokalizacja akurat idealnie zgrała się nam ze zwiedzaniem Jardin Majorelle. Cenowo było więc bardzo sensownie, ale sam nocleg podobał nam się już trochę mniej niż poprzednie. W łazience unosiła się jakaś dziwna woń – coś między mocnym detergentem a próbą zamaskowania czegoś jeszcze mocniejszego. Trudno powiedzieć, o co dokładnie chodziło, ale człowiek od razu czuł, że coś tu jest lekko nie tak. Do tego doszedł mały zgrzyt przy płatności. Na Bookingu była informacja, że można płacić kartą, a na miejscu zaczęło się marudzenie, kręcenie i sprawdzanie, czy na pewno nie mamy gotówki.
Ostatecznie terminal jakimś cudem się znalazł, ale niesmak został. Zwłaszcza że przy takich noclegach człowiek jednak wolałby nie bawić się w negocjacje pod tytułem „a może się jakoś dogadamy?”.
Tutaj również parkowanie było miejskie, chociaż akurat nie spotkaliśmy nikogo, komu mielibyśmy za nie zapłacić. Być może mieli wolne, być może po prostu nie chciało im się podejść, a być może trafiliśmy na marokańską wersję systemu „jakoś to będzie” 😄
Co polecilibyśmy po takim układzie? Na pewno nie celowalibyśmy na siłę w nocleg w ścisłym centrum medyny, jeśli planujecie poruszać się autem i nie macie potrzeby mieszkania dokładnie w samym środku całego zamieszania. My celowo poszliśmy bardziej w wygodę, możliwość parkowania i trochę oddechu od tłumu. I to się sprawdziło. Z drugiej strony Marrakesz spokojnie da się objechać też własnymi nogami. Więc jeśli ktoś chce przy okazji wykręcić ładny wynik na Apple Watchu albo Garminie, to Marrakesz bardzo chętnie w tym pomoże.
Warunki drogowe
Jazda autem po Maroku to temat-rzeka. Z jednej strony – pełna swoboda. Jak tylko wyjedziesz poza miasto, droga jest Twoja i nie musisz użerać się z taksówkarzami ani pilnować rozkładów jazdy. Z drugiej – w samym Marrakeszu przepisy zdają się być tylko luźną sugestią, którą lokalsi z uśmiechem ignorują.
My auto wzięliśmy i dla nas to był strzał w dziesiątkę, ale lojalnie ostrzegamy: to nie jest kierunek dla każdego. Jeśli nie czujesz się pewnie za kółkiem, Marrakesz Cię przemieli. Skutery wyskakują z każdej strony, a zasada ograniczonego zaufania to tutaj zdecydowanie za mało. Co ciekawe, w takim Wietnamie czy Tajlandii też jest totalny chaos, ale tam czuć w tym jakiś wspólny rytm. W Marrakeszu mieliśmy wrażenie, że każdy po prostu jedzie przed siebie, licząc na to, że inni jakoś wyhamują. Poza miastem jest już spoko i trasy są przyjemne, ale w centrum trzeba mieć oczy dookoła głowy.
Wynajem samochodu
Auto odebraliśmy tradycyjnie prosto na lotnisku. Dla nas to jedyna słuszna opcja – lądujesz, bierzesz kluczyki i cześć, nie musisz się już z nikim użerać. Rezerwację robiliśmy przez Economy Car Rentals (często u nich sprawdzamy ceny) i tym razem wyszło… podejrzanie tanio. Za cały tydzień zapłaciliśmy około 145 PLN. Od razu zapaliła nam się lampka, że to może być niezły „deal”, ale postanowiliśmy zaryzykować.
Samochód wydawała nam firma United / Drivo. Ich opinie w sieci to była jedna wielka czerwona flaga, ale że mamy ubezpieczenie wkładu własnego w Revolut Metal, stwierdziliśmy, że w razie czego jesteśmy kryci. Na dzień dobry auto było po prostu brudne i dość zmęczone życiem, ale prawdziwe problemy zaczęły się później.
I to jest ten moment, w którym zaliczyliśmy pierwszą kolizję od lat naszych wyjazdów. Akcja była absurdalna: staliśmy z lekko uchylonymi drzwiami, kiedy facet na skuterze wjechał w nas tak niefortunnie, że stopką wyłamał kawałek blachy i sam zaliczył glebę. Przyjechała policja, więc byliśmy przekonani, że skoro to nie nasza wina, to wszystko zostanie elegancko spisane i po sprawie.
No i tu zaczęły się schody. Komunikacja z policją i wypożyczalnią to była jakaś abstrakcja – po tamtej stronie angielski praktycznie nie istniał. Mimo naszych pytań o protokół czy jakiekolwiek dokumenty, firma po prostu ściągnęła nam po zwrocie auta kasę z konta, nie dając w zamian nic, co by to realnie uzasadniało. Teraz kopiemy się z nimi na dwóch frontach: robimy chargeback w banku i walczymy z ubezpieczycielem. Zobaczymy, kto szybciej odda kasę.
Moja rada? Jeśli bierzecie auto w Maroku, nie zakładajcie, że „jakoś to będzie”. Róbcie dokładne wideo przy odbiorze (każda ryska się liczy!) i pilnujcie papierów. Kluczowy jest tam formularz „constat amiable” – bez tego dokumentu podpisanego przez obie strony, przy jakiejkolwiek stłuczce jesteście w czarnej dziurze. Lepiej dmuchać na zimne i mieć dodatkowe ubezpieczenie depozytu, bo marokańskie wypożyczalnie potrafią być naprawdę kreatywne w doliczaniu kosztów.
Podróżowanie samochodem
Jeśli chodzi o samą jazdę, to poza Marrakeszem jest już normalnie. Drogi, którymi jeździliśmy, były przeważnie w dobrym stanie, choć musicie się nastawić głównie na zwykłe krajówki (jeden pas w każdą stronę). Trafiają się też odcinki płatne, które realnie skracają czas podróży i podbijają komfort.
Sam Marrakesz to już jednak zupełnie inna bajka. Serio, nie pchajcie się autem do ścisłego centrum, a już na pewno nie w okolice Medyny. Tam samochód to tylko kłopot. Spacer jest o niebo lepszym pomysłem niż wciskanie się w te wąskie uliczki, gdzie wszyscy jadą za blisko siebie, za szybko i totalnie bez składu.
Największy stres na drogach? To wcale nie inne auta, tylko chmary skuterów i małych motocykli. Są wszędzie. Wyskakują nagle z martwego pola, przeciskają się na milimetry i mam wrażenie, że jadą „na wiarę”, licząc, że to Ty ich przypilnujesz. To nie są żarty – przy skrzyżowaniu, gdzie mieliśmy kolizję, w ciągu zaledwie godziny widzieliśmy dwa inne dzwony. To chyba najlepiej pokazuje skalę tego chaosu.
Uważajcie też na policję. Panowie z „suszarkami” stoją w najmniej spodziewanych miejscach i bardzo rygorystycznie pilnują ograniczeń (zwykle 60 km/h w mieście, 100 km/h poza i 120 km/h na autostradach). I absolutnie odradzamy jakiekolwiek kombinowanie z alkoholem. W Maroku panuje zerowa tolerancja – jakikolwiek wynik powyżej zera to pewny mandat, a nawet ryzyko więzienia. Nie warto.
Na koniec zostawiamy naszą ulubioną „lokalną atrakcję”, czyli parkowanie. Zapomnijcie o klasycznych parkometrach. Zamiast nich zawsze znajdzie się pan „parkingowy”, który za parę groszy popilnuje Wam auta. Najlepsze jest to, że normalne parkometry w mieście istnieją, tylko… widzieliśmy je starannie zasłonięte metalowymi skrzynkami. Wygląda na to, że technologia mogłaby tu komuś popsuć lokalny model biznesowy. Z jednej strony to absurdalne, z drugiej – patrząc na tutejsze realia – łatwo zrozumieć, dlaczego ten system wciąż ma się dobrze.
Transport publiczny w Marrakeszu
Powiedzmy sobie szczerze: komunikacja miejska w Marrakeszu istnieje, ale jako turysta pewnie rzadko z niej skorzystasz. Autobusy (firma ALSA) są mega tanie (bilety po ok. 4 MAD), ale sieć jest specyficzna i raczej celuje w potrzeby lokalsów. Jedyny autobus, który realnie może Cię zainteresować, to linia nr 19 – to shuttle bus z lotniska do centrum. Kursuje co 20–30 minut, bilet kosztuje około 30 MAD i to spoko opcja, jeśli nie chcesz się użerać z taksówkarzami zaraz po wylądowaniu. My postawiliśmy na auto i własne nogi – jeśli śpisz blisko Medyny, większość ciekawych miejsc oblecisz spacerem.
Aplikacje, czyli jak nie dać się naciągnąć
Tu zaczyna się najciekawsza część. Jeśli nie chcesz negocjować ceny za każdym razem, gdy chcesz przejechać dwa kilometry, zainstaluj te apki:
- inDrive (Must-have): To w Maroku król. Działa inaczej niż Uber – Ty proponujesz cenę, a kierowcy ją akceptują albo kontrują swoją ofertą. To najlepszy sposób, żeby sprawdzić, ile realnie powinien kosztować dany kurs. Zwykle płaci się gotówką u kierowcy.
- Careem: Bardzo popularna apka w świecie arabskim. My jej w Maroku nie odpalliliśmy, bo mamy dożywotniego bana po jakiejś absurdalnej akcji z kierowcą w Emiratach (historia na inny raz xD), ale ogólnie działa i jest godna polecenia.
- Heetch / Yango / Roby Taxi: Też działają, ale mają mniejszą flotę niż inDrive. Roby to lokalny projekt, który próbuje ucywilizować zwykłe taksówki.
- Uber: Niby jest, ale ceny są często kompletnie odklejone od rzeczywistości. Traktuj go jako ostateczność.
Taksówki
W Marrakeszu zobaczysz dwa rodzaje taryf i warto wiedzieć, którą łapać, żeby nie stać na krawężniku bez sensu.
- Petit Taxi: To te małe, beżowe puszki, które śmigają tylko po mieście. Ważna sprawa: biorą maksymalnie 3 osoby. Choćbyście byli najmniejszą czwórką świata, kierowca Was nie upchnie, bo policja za to ostro kosi. Jeśli podróżujecie w większej grupie, musicie brać dwa osobne auta.
- Grand Taxi: Większe, zazwyczaj białe lub kremowe fury. One latają na lotnisko, między miastami albo biorą większe ekipy (nawet do 6 osób). Działają często jako transport współdzielony – płacisz za „miejsce” i jedziesz z obcymi ludźmi, chyba że wynajmiesz całe auto tylko dla siebie.
Słyszeliśmy od wielu osób, że z jednymi i drugimi jest ten sam problem: legendarny „zepsuty” licznik. Na widok turysty nagle przestaje działać, a kierowca rzuca cenę z kosmosu. Zasada jest prosta: albo twardo walczysz o włączenie taksometru, albo ustalasz cenę zanim zamkniesz drzwi od środka. Inaczej przy wysiadaniu czeka Cię mało przyjemna kłótnia.
Karta SIM
Przed wyjazdem zastanawialiśmy się nad lokalną kartą SIM, ale ostatecznie odpuściliśmy. Nie dlatego, że to jakiś wielki wyczyn, po prostu nie chcieliśmy tracić czasu na szukanie salonów i rejestrowanie karty zaraz po przylocie. Pracowaliśmy zdalnie, więc internet musiał być gotowy od momentu, kiedy tylko wyłączyliśmy tryb samolotowy.
Wzięliśmy Orange Travel eSIM i to był naprawdę dobry wybór. W promocji zapłaciliśmy 15 EUR za 20 GB i wszystko ruszyło od razu po wylądowaniu w Marrakeszu, bez żadnego latania za starterem.
Oczywiście, jeśli wolicie lokalną kartę, to na lotnisku bez problemu znajdziecie punkty Orange, inwi czy Maroc Telecom. Tylko pamiętajcie, że w Maroku zakup fizycznej karty wymaga rejestracji na paszport. Taka zabawa wyjdzie taniej i pewnie dostaniecie większy pakiet danych, zwłaszcza jeśli kupicie to bezpośrednio u operatora (sam starter to koszt ok. 20 MAD). To już jest ten poziom cen, gdzie widać, że fizyczny SIM mocno wygrywa z większością „turystycznych” eSIM-ów z neta.
Tylko tutaj warto doprecyzować jedną rzecz, bo na blogach często piszą o lokalnych kartach jako o jedynej słusznej drodze. To zależy. Jak przylatujesz na krótko i chcesz mieć święty spokój od pierwszej minuty, to eSIM wygrywa wygodą. Jak zostajesz na dłużej i liczysz się z budżetem, to wtedy lokalna karta faktycznie ma więcej sensu.
I jeszcze jedno, bo to nas zawsze odpala w internetowych polecajkach: Airalo w Maroku to totalne zdzierstwo. Widzieliśmy pakiety 10 GB, które kosztowały u nich nawet 40 dolarów – to jest jakiś kosmos. Maya Mobile czy Breeze też nie wypadają teraz jakoś wybitnie, ceny są albo dynamiczne, albo po prostu wysokie jak na to, co dostajesz. Więc jeśli celujecie w eSIM, to sprawdzajcie konkretne oferty, żeby nie przepłacić pięciokrotnie za to samo.
Co jedliśmy podczas pobytu w Marrakeszu?
Nie będziemy tu udawać, że codziennie siedzieliśmy w riadzie przy świecach i celebrowaliśmy wielki kulinarny rytuał Marrakeszu 😄 Jedliśmy po prostu tak, jak nam było wygodnie. Próbowaliśmy lokalnych dań, ale wieczorami często ratowaliśmy się też Glovo, bo po całym dniu chodzenia nie zawsze człowiek miał jeszcze siłę kombinować z kolejnym wyjściem. I tak – apki dowożące jedzenie normalnie działają w Marrakeszu, więc to nie jest żaden plan awaryjny z kosmosu, tylko zwykła codzienność.
Najbardziej klasyczny motyw, który przewijał się u nas na miejscu, to oczywiście tagine – po polsku często pisany też jako tadżin, ale oryginalnie spotkacie raczej zapis „tagine” albo „tajine”. To jednocześnie nazwa samego naczynia z charakterystyczną stożkową pokrywką i dania duszonego powoli w środku. W praktyce: mięso albo warzywa, dużo przypraw, często coś słodszego w tle, np. suszone owoce, oliwki albo cytryna konserwowana. Nam to smakowało — może nie było tak, że po pierwszym kęsie zmieniliśmy religię kulinarną, ale zdecydowanie było warto tego spróbować.
Poza tagine’em kuchnia marokańska i szerzej północnoafrykańska opiera się na kilku bardzo charakterystycznych daniach. Najczęściej przewijają się couscous, pastilla, harira czy lokalne wersje duszonych mięs i warzyw doprawionych mieszankami przypraw.
Jadzia miała po tym wszystkim bardzo proste wrażenie: fajnie było spróbować czegoś innego niż standardowe „wszędzie to samo”. Te smaki są inne niż u nas, momentami bardziej korzenne, czasem lekko słodkie tam, gdzie Europejczyk by się tego nie spodziewał, ale ogólnie kuchnia zrobiła na nas dobre wrażenie.
Kantor czy bakomat?
Gotówkę wypłacaliśmy po prostu z bankomatu, dwa razy w trakcie wyjazdu. Każda taka wypłata wiązała się niestety z opłatą, ale z naszej perspektywy i tak wygrywała wygoda. Nie chciało nam się bawić w latanie po kantorach, porównywanie kursów i kombinowanie, gdzie ktoś nas skroi mniej. Korzystanie z bankomatów w Maroku jest powszechne, ale trzeba się liczyć z tym, że lokalny operator może doliczyć własną opłatę, niezależnie od tego, co bierze albo nie bierze Wasz bank. Średnio to od 10 do 13 zł, więc lepiej sobie wypłacić większą kwotę niż mniejszą.
Co ciekawe, w Marrakeszu i ogólnie w bardziej turystycznych miejscach naprawdę często da się zapłacić kartą. Nie wszędzie oczywiście, bo gotówka nadal rządzi w wielu codziennych sytuacjach, ale hotele, wiele restauracji, galerie handlowe czy bardziej popularne punkty usługowe normalnie akceptują Visę i Mastercard. Z drugiej strony taksówki, drobniejsze zakupy i różne uliczne klimaty nadal lubią gotówkę bardziej niż terminal.
Klimat i warunki pogodowe
Marrakesz ma klimat suchy i ciepły przez dużą część roku, ale nie taki, że zawsze czeka tam na Was ściana upału i 30 stopni. Wiosna i jesień uchodzą za najprzyjemniejsze okresy na zwiedzanie, bo jest już albo jeszcze dość ciepło, ale bez letniego piekarnika. Latem temperatury w Marrakeszu potrafią wejść bardzo wysoko, za to zimą i na przedwiośniu bywa zaskakująco rześko, szczególnie rano i wieczorem.
My byliśmy w Maroku w marcu i to się u nas potwierdziło. Nie było żadnych stałych +25 i chodzenia cały dzień w krótkim rękawku. Bardziej okolice 15 stopni, momentami przyjemnie, momentami już tak, że bluza albo lekka kurtka miały sens. Na samo zwiedzanie to była akurat bardzo dobra temperatura, bo człowiek się nie gotował po godzinie chodzenia. Trzeba tylko pamiętać, że marzec w Marrakeszu wcale nie jest w 100% suchy — to nadal miesiąc, w którym może trafić się deszcz i trochę bardziej ponury dzień. Długoterminowe średnie dla marca pokazują zwykle około 22°C w dzień i około 9°C nocą, ale jednocześnie właśnie marzec należy tam do bardziej deszczowych miesięcy w skali roku.
Bezpieczeństwo
Szczerze? W Marrakeszu nie mieliśmy poczucia, że trafiliśmy do miejsca, w którym człowiek co chwilę ogląda się przez ramię. Nie odczuwaliśmy jakiegoś szczególnego zagrożenia i na co dzień nie mieliśmy sytuacji, które kazałyby nam uznać to miasto za niebezpieczne samo w sobie. Przed wyjazdem czytaliśmy różne ostrzeżenia i w gruncie rzeczy sprowadzały się one do tego, że największym problemem dla turystów nie jest żadna filmowa groza, tylko raczej drobne kradzieże, naciąganie i zwykła potrzeba zachowania czujności, zwłaszcza w tłocznych miejscach i po zmroku.
U nas było jednak spokojniej, niż się spodziewaliśmy. Nawet na bazarach nikt nas specjalnie nie zaczepiał ani nie próbowaliśmy się przedzierać przez jakieś wyjątkowo męczące nagabywanie. Być może częściowo wpływ miał na to też okres naszego wyjazdu, bo byliśmy tam podczas Ramadanu. W mieście momentami było po prostu mniej ludzi, a atmosfera wydawała się trochę spokojniejsza niż ta, której się obawialiśmy po przeczytaniu różnych historii w internecie.
Dużo większym tematem niż bezpieczeństwo „uliczne” było dla nas bezpieczeństwo drogowe — ale o tym już pisaliśmy wcześniej i nie ma sensu się powtarzać. Wystarczy powiedzieć wprost, że właśnie tam widzieliśmy największy chaos. I nie było to tylko nasze wrażenie z kilku dni za kierownicą.
Co warto zobaczyć w Marrakeszu?
W Marrakeszu udało nam się zobaczyć kilka miejsc, ale nie będziemy tutaj robić drugiego mini-przewodnika wciśniętego na siłę do wpisu ogólnego. Samo miasto i tak najczęściej kręci się wokół tych najbardziej znanych punktów, jak medyna, plac Jemaa el-Fna, Koutoubia, Bahia Palace czy Jardin Majorelle, więc materiału na osobny tekst spokojnie starcza.
Jeśli więc jesteście ciekawi, co naszym zdaniem faktycznie warto zobaczyć podczas tych paru dni w Marrakeszu, gdzie się wybrać i co sobie odpuścić, to zajrzyjcie do osobnego wpisu — tam rozpisujemy to już konkretniej i po naszemu, bez upychania wszystkiego tutaj.
Podsumowanie
Tygodniowy wyjazd do Maroka okazał się dla nas czymś pomiędzy zwykłym city breakiem a takim pierwszym, ostrożnym wejściem w kolejny kontynent. Lecieliśmy tam z nastawieniem, że chcemy wreszcie zobaczyć Afrykę na własne oczy, nawet jeśli na początek w tej bardziej „oswojonej” wersji. I chyba właśnie tak to wyszło — krok po kroku, bez wielkich deklaracji, ale z poczuciem, że otworzyliśmy sobie drzwi do czegoś nowego.
Samo Maroko nas zaciekawiło. Marrakesz ma swój klimat, swoją architekturę, swoje kolory i naprawdę trudno tego nie zauważyć. Te wszystkie czerwienie budynków, ceramika, bardziej ziemiste barwy i lokalny styl robią robotę. Do tego jeszcze dorzuciliśmy na chwilę Essaouirę, której tutaj szerzej nie opisywaliśmy, ale sam ten przeskok z Marrakeszu nad ocean dobrze nam zrobił i pokazał, że Maroko nie kończy się na jednej pocztówce.
Co ciekawe, jechaliśmy tam trochę przygotowani mentalnie na to, że scam będzie scam poganiał i człowiek będzie odpierał zaczepki co pięć minut. A tu niespodzianka — przynajmniej u nas nie wyglądało to aż tak, jak mogli sugerować niektórzy w internecie. Nawet na bazarach nikt nas specjalnie nie męczył. Nie wiemy, czy to dobrze, czy źle xD, ale fakt jest taki, że pod tym względem było spokojniej, niż się spodziewaliśmy.
Maroko nie okazało się też aż tak tanie, jak zakładaliśmy. Może człowiek trochę podświadomie porównuje takie kierunki do Egiptu i liczy, że wszystko będzie śmiesznie tanie, ale tutaj rzeczywistość jest trochę inna. Z naszego arkusza wyszło, że przy tygodniowym wyjeździe dla dwóch osób, z lotami, noclegami, samochodem, jedzeniem, atrakcjami i bieżącymi wydatkami, robi się już normalny budżet wyjazdowy, a nie jakaś symboliczna kwota. Czyli: da się to zrobić rozsądnie, ale nie nastawialibyśmy się na kierunek „super tani”.
Z drugiej strony nie mamy poczucia, że ten wyjazd był przestrzelony albo że coś tu było zupełnie nieadekwatne. Po prostu Maroko w naszym odczuciu nie jest budżetową bajką z folderu, tylko krajem, który trzeba liczyć bardziej realistycznie. I chyba właśnie tak najlepiej na niego patrzeć.
Po tym tygodniu mamy też jeszcze jedną myśl z tyłu głowy: Maroko może być w przyszłości bardzo sensownym punktem startowym do czegoś większego. Szczególnie jeśli kiedyś będziemy chcieli dojechać tu motocyklem i ruszyć dalej, głębiej, zobaczyć kolejne regiony i potraktować ten kraj nie jako jednorazowy city break, tylko jako początek dłuższej drogi. Na razie zostawiamy to jako plan gdzieś z tyłu głowy, ale bardzo możliwe, że jeszcze tu wrócimy.