Kawalera konnych karet, zaprzęgane do zielonych piętrowych wozów przed meczetem z wieżą o zdobionej, kolorowej fasadzie i palmami w pobliżu, nadchodzi pochmurny dzień. Kawalera konnych karet, zaprzęgane do zielonych piętrowych wozów przed meczetem z wieżą o zdobionej, kolorowej fasadzie i palmami w pobliżu, nadchodzi pochmurny dzień.

Co warto zobaczyć w Marrakeszu na pierwszy raz – nasza topka

Jeśli planujesz pierwszy raz Marrakesz, sprawdź miejsca, które naszym zdaniem naprawdę warto zobaczyć.
Spis treści

Hej 👋

Jeśli trafiliście tutaj, to pewnie zastanawiacie się, co tak naprawdę warto zobaczyć w Marrakeszu podczas krótkiego wyjazdu. My spędziliśmy tam kilka dni, trochę się nachodziliśmy, trochę pojeździliśmy, trochę się poirytowaliśmy, ale finalnie zobaczyliśmy kilka miejsc, które rzeczywiście zapadły nam w pamięć i które chcemy Wam tutaj pokazać po naszemu — bez folderowego zachwytu i bez wciskania wszystkiego jak leci.

W tym wpisie zebraliśmy miejsca, które udało nam się odwiedzić i które naszym zdaniem mają sens, jeśli jesteście w Marrakeszu pierwszy raz albo po prostu chcecie wybrać coś konkretnego na kilka dni. Jeśli natomiast szukacie szerszego spojrzenia na sam pobyt, noclegi, samochód, internet, jedzenie, koszty i nasze ogólne wrażenia z wyjazdu, to koniecznie zajrzyjcie też do wcześniejszego wpisu podsumowującego nasz pobyt w Marrakeszu.

Park Lalla Hasana

📍 Pinezka na Google Maps

To był w sumie jeden z tych spokojniejszych punktów na start, zanim na dobre weszliśmy w ten najbardziej intensywny Marrakesz. Park leży rzut beretem od meczetu Kutubijja i samej medyny, więc to idealna lokalizacja, jeśli chcecie zacząć spacer właśnie od tej strony i potrzebujecie chwili na złapanie orientacji.

Na miejscu minęliśmy sporo stoisk z różnymi bibelotami, ale ruch był jeszcze do przeżycia – głównie przewijały się grupy wycieczkowe idące powolnym krokiem w stronę starego miasta. Sama nazwa parku najpewniej nawiązuje do marokańskiej księżniczki Lalli Hasny, więc możecie to potraktować jako małą ciekawostkę historyczną. Nie jest to może miejsce, dla którego przemierza się pół miasta, ale jako punkt wypadowy albo chwila oddechu w cieniu drzew sprawdza się idealnie.

Meczet Kutubijja (Koutoubia)

📍 Pinezka na Google Maps

Kutubijja rzuca się w oczy właściwie od razu po przyjeździe, nawet jeśli nie planujecie jej specjalnie szukać. Minaret meczetu dominuje nad okolicą i działa jak świetny punkt orientacyjny, który co chwilę wraca w pole widzenia. Mówimy o największej tego typu budowli w mieście, której obecna forma przetrwała od XII wieku, czyli od czasów dynastii Almohadów.

Do środka nie wchodziliśmy – i Wam też się to nie uda, o ile nie jesteście muzułmanami, bo dla reszty świata meczet jest zamknięty. Większość osób ogląda go po prostu z zewnątrz, obchodząc mury podczas spaceru po tej części miasta.

Najciekawsza w Kutubijji jest jej historia, która wykracza poza sferę religijną. Sama nazwa pochodzi od arabskiego słowa oznaczającego księgarzy, bo kiedyś wokół świątyni działał potężny targ książek. Cała historia pokazuje, że to miejsce od zawsze tętniło życiem handlowym i kulturalnym, a nie było tylko zamkniętym ośrodkiem kultu.

Warto też wiedzieć, że minaret Kutubijji stał się wzorem dla innych słynnych budowli w regionie, jak chociażby Giralda w Sewilli czy Wieża Hassana w Rabacie. Projekt ten realnie wpłynął na architekturę sporej części świata. Wieża ma około 77 metrów wysokości, więc trudno jej nie zauważyć na tle panoramy Marrakeszu.

Jemaa el-Fnaa

📍 Pinezka na Google Maps

Trudno o bardziej centralny punkt w Marrakeszu. Prędzej czy później i tak tu wylądujecie, nawet jeśli nie planujecie tego specjalnie – wszystkie drogi w tej części miasta w końcu prowadzą na ten plac. Jemaa el-Fnaa to esencja Marrakeszu: totalny miks hałasu, zapachów, stoisk z jedzeniem i tłumu, który nigdy nie znika. UNESCO wpisało to miejsce na listę niematerialnego dziedzictwa i wcale się nie dziwię, bo od wieków schemat jest ten sam – handel wymieszany z ulicznymi występami i lokalnym chaosem.

Plac służy nie tylko turystom, ale jest też naturalnym centrum dla mieszkańców. Stoi tu chociażby główna poczta, więc obok całego tego zamieszania toczy się po prostu zwyczajne, codzienne życie miasta.

Sama nazwa Jemaa el-Fnaa do dziś budzi spory wśród historyków. Jedna z najczęstszych interpretacji mówi o „Placu Straceń” albo „Zgromadzeniu Umarłych”, co nawiązuje do dawnych publicznych egzekucji. Brzmi to dość surowo i mało pocztówkowo, ale paradoksalnie idealnie pasuje do klimatu Marrakeszu, który bywa fascynujący, ale potrafi też nieźle przytłoczyć.

Na koniec zostawiliśmy kwestię, której nie zamierzamy omijać, bo budzi w nas spory opór. Na placu wciąż spotkacie ludzi z małpami na smyczach czy innymi zwierzętami, które robią za „atrakcję” do zdjęć. Słuchajcie – to nie jest żadna rozrywka. Makaki berberyjskie są tam trzymane na łańcuchach w upale i hałasie tylko po to, żeby wyciągnąć od Was kilka dirhamów. Wygląda to po prostu słabo i smutno. Nasza rekomendacja jest krótka: ignorujcie to, nie róbcie zdjęć i nie płaćcie za taki „kontakt”. Nie ma sensu dokładać się do tego biznesu.

Souk Semmarine

📍 Pinezka na Google Maps

Souk Semmarine to w praktyce brama do handlowego serca medyny. Jeśli nigdy wcześniej nie byliście w tym regionie świata, przygotujcie się na coś znacznie bardziej intensywnego niż europejskie targowiska. Zapomnijcie o klasycznym placu ze straganami – to gigantyczna pajęczyna wąskich uliczek, warsztatów i ukrytych przejść, które wciągają na dobre. Semmarine stanowi jedną z głównych osi tego labiryntu i dla większości osób jest pierwszym kontaktem z marokańskim handlem.

Mimo że nie był to nasz pierwszy souk w życiu i wiedzieliśmy, na co się piszemy, i tak udało nam się tam koncertowo zgubić. Idziesz niby cały czas przed siebie, a po pięciu minutach nie masz pojęcia, skąd przyszedłeś i czy przypadkiem nie kręcisz się w kółko. Właśnie w tym tkwi cały urok (i momentami lekka frustracja) tego miejsca.

Cały ten pozorny chaos ma jednak swój wewnętrzny porządek. Historycznie poszczególne części souków specjalizowały się w konkretnym rzemiośle i do dziś wyraźnie to widać podczas spaceru. Przechodząc przez kolejne alejki, czuć, jak zmieniają się „branże” – od tekstyliów i ubrań, przez góry przypraw i perfum, aż po warsztaty, gdzie obrabia się metal, drewno czy skórę. Najbardziej podobało nam się to, że obok pamiątek robionych typowo pod turystów, wciąż toczy się tam normalna, ciężka robota. Ktoś coś spawa, ktoś inny wycina wzory w skórze – dzięki temu czuć, że to miejsce realnie żyje, a nie jest tylko ładną scenografią do zdjęć.

Na zakupy koniecznie bierzcie ze sobą gotówkę. Nawet jeśli w nowocześniejszych częściach Marrakeszu terminale są już standardem, to w głębi souku dirhamy w portfelu są po prostu jedyną pewną opcją. Negocjacje idą wtedy sprawniej i nie tracicie czasu na dopytywanie o kartę przy każdym stoisku.

Marrakech Museum

📍 Pinezka na Google Maps

W Muzeum Marrakeszu trafiliśmy na całkiem znośne warunki – w przeciwieństwie do innych obleganych miejsc, tutaj dało się normalnie oddychać i spokojnie wszystko obejrzeć bez walki o każdy metr kwadratowy. Za wstęp zapłaciliśmy po 50 MAD od osoby (gotówką) i moim zdaniem to uczciwa cena za to, co dostajecie w środku.

Siedzibą muzeum jest dawny pałac Dar Mnebhi z 1894 roku. Rezydencja należała kiedyś do Mehdiego Mnebhi, który był ministrem wojny sułtana Mulaja Abdelaziza. Historia tego miejsca jest zresztą dość nietypowa – po odzyskaniu przez Maroko niepodległości w 1956 roku, pałac zamieniono na… szkołę dla dziewcząt. Dopiero w latach 90. fundacja Omara Benjellouna doprowadziła budynek do porządku i otworzyła tu muzeum, które widzimy dzisiaj.

Centralne patio z gigantycznym miedzianym żyrandolem to bez wątpienia najmocniejszy punkt programu. Ten kolos waży podobno około 1200 kg i wisi nad pięknie zdobioną podłogą, otoczony ścianami wyłożonymi mozaiką zellige i rzeźbionym drewnem cedrowym. Nawet jeśli nie macie ochoty na studiowanie każdej gabloty z ceramiką czy starą biżuterią, warto tu zajrzeć dla samej architektury. Budynek jest podręcznikowym przykładem luksusowej rezydencji z przełomu wieków, gdzie każdy detal miał pokazywać status właściciela.

Oprócz głównego dziedzińca, zajrzyjcie też do mniejszych pomieszczeń i dawnego hammamu. Często odbywają się tam wystawy sztuki współczesnej, co fajnie kontrastuje z tymi wszystkimi tradycyjnymi zdobieniami i marmurem z Carrary. To dobre miejsce na chwilę oddechu od hałasu medyny, zanim ruszycie dalej w stronę medresy czy souków.

Bahia Palace

📍 Pinezka na Google Maps

Bahia to jedno z tych miejsc, które w Marrakeszu po prostu wypada zobaczyć, ale warto od razu ustawić sobie oczekiwania. Jest tam momentami niesamowicie, szczególnie jeśli kręcą Was mozaiki, rzeźbione cedrowe stropy i ten cały marokański przepych, który genialnie wychodzi na zdjęciach. Nazwa „Bahia” oznacza „Blask” lub „Piękna” i patrząc na detale, ambicje twórców były tu jasne od samego początku.

Historia pałacu jest o tyle ciekawa, że nie budował go sułtan, a dwaj potężni wielcy wezyrowie. Najpierw Si Moussa w latach 60. XIX wieku, a potem jego syn, Ba Ahmed, który był postacią wręcz legendarną – to on był „szarą eminencją” i realnie rządził krajem w imieniu młodego sułtana Abdelaziza. Ba Ahmed rozbudowywał pałac przez lata, dokupując kolejne działki, przez co cały kompleks ma dość chaotyczny układ. Podobno wezyr był chorobliwie zazdrosny o swoje cztery żony i kilkadziesiąt konkubin, więc kazał zaprojektować 160 pomieszczeń tak, by żadna z kobiet nie wpadała na siebie przypadkiem w korytarzu.

Największe wrażenie robi ogromny Dziedziniec Marmurowy (Cour d’Honneur) – to tutaj przyjmowano oficjeli i pokazywano potęgę rodu. Warto jednak wiedzieć, że dzisiejszy wygląd pałacu to tylko cień dawnej świetności. Kiedy Ba Ahmed zmarł w 1900 roku, w pałacu wybuchł totalny chaos. Sułtan Abdelaziz, czując okazję do wzbogacenia się, nakazał splądrować rezydencję wezyra. Wszystko, co miało jakąkolwiek wartość – od mebli, przez jedwabie, aż po kosztowności – zostało wyniesione w ciągu kilku dni. Dlatego dziś oglądamy głównie „skorupę”: piękne podłogi, ściany i sufity, ale bez oryginalnego wyposażenia.

Jeśli chodzi o logistykę, za bilet zapłacicie 100 MAD od osoby i u nas przeszła tylko gotówka. Systemy online niby istnieją, ale na miejscu nikt się nimi specjalnie nie przejmuje. Ludzi jest tu zazwyczaj masa – to jedna z najpopularniejszych atrakcji w mieście, więc o zdjęciu bez kogoś w tle możecie raczej zapomnieć, chyba że pojawicie się pod bramą równo o 9:00. Ostatnie wejście jest ok. 16:30, ale im wcześniej przyjdziecie, tym mniej łokci poczujecie na własnych żebrach przy oglądaniu słynnych mozaik zellige.

El Badi Palace

📍 Pinezka na Google Maps

Z pałacu El Badi zostały w zasadzie same mury, ale ich skala i tak robi potężne wrażenie. Jeśli Bahia była pokazem luksusu „na bogato”, to El Badi jest świadectwem totalnego rozmachu, który przeminął. My trafiliśmy na moment, kiedy przewalały się tam tłumy, więc o spokojnym spacerze wzdłuż ogromnych basenów mogliśmy zapomnieć. Mimo to, te gigantyczne ruiny mają w sobie coś surowego, czego nie znajdziecie w odpicowanych muzeach.

Bilet kosztuje 100 MAD od osoby i, tradycyjnie już, najlepiej mieć przygotowaną gotówkę. Budowla powstała w XVI wieku na polecenie sułtana Ahmeda al-Mansura z dynastii Saadytów. Nazwa „El Badi” oznacza „Nieporównywalny” i w czasach świetności ten pałac faktycznie nie miał sobie równych. Historia mówi o 360 pokojach wyłożonych złotem, turkusami i marmurem z Carrary. Ciekawostką jest fakt, że sułtan płacił za ten marmur cukrem – i to dosłownie wagą za wagę. Wyobraźcie sobie ten poziom bogactwa, skoro stać ich było na taką wymianę.

Niestety, sto lat później nastąpił koniec tej sielanki. Kolejny władca, Mulaj Ismail, postanowił przenieść stolicę do Meknes i zwyczajnie rozebrał El Badi na części pierwsze. Podobno grabież trwała aż 12 lat – tyle czasu zajęło im wyrywanie cennych kruszców, marmurów i zdobień, żeby wykorzystać je w nowym pałacu. To, co widzimy dzisiaj, to tylko szkielet tamtej potęgi, ale wciąż możecie zajrzeć do dawnych więzień ukrytych pod ziemią czy wejść na mury, żeby spojrzeć na miasto z góry.

Koniecznie spójrzcie też w górę na szczyty murów obronnych. Pałac stał się domem dla dziesiątek bocianów, które uwiły tam sobie gigantyczne gniazda. Ich klekotanie to chyba najbardziej charakterystyczny dźwięk w El Badi. Mimo że teraz to głównie puste place z pomarańczowymi drzewami w zagłębieniach terenu, łatwo sobie wyobrazić, jak ogromny musiał być to kompleks, zanim stał się darmowym magazynem materiałów budowlanych dla następcy. Jak macie czas, zajrzyjcie też do sali z minbarem (kazalnicą) z meczetu Kutubijja – to jeden z nielicznych ocalałych tam skarbów rzemiosła, który naprawdę urywa tyłek precyzją wykonania.

Bab Agnaou

📍 Pinezka na Google Maps

Bab Agnaou rzuca się w oczy niemal od razu, gdy kierujecie się w stronę dzielnicy Kasbah. Mowa o jednej z dziewiętnastu bram prowadzących do medyny, która powstała jeszcze w XII wieku za panowania dynastii Almohadów. Służyła wtedy jako główne, reprezentacyjne wejście do królewskiej części miasta, co tłumaczy jej wyjątkowo ozdobny charakter na tle innych, często dużo skromniejszych wjazdów.

Piaskowiec, z którego ją wzniesiono, z czasem mocno zwietrzał i zmienił kolor na rdzawy, ale wciąż wyraźnie widać na nim misterne rzeźbienia i inskrypcje z Koranu zapisane pismem kufickim. Sama nazwa „Agnaou” budzi ciekawość – w języku berberyjskim oznacza „niemych” lub odnosi się do osób czarnoskórych, co najprawdopodobniej nawiązywało do gwardii sułtana stacjonującej w tej okolicy.

Na samym szczycie bramy, podobnie jak na murach pałacu El Badi, niemal na stałe zameldowały się bociany. Ich gigantyczne gniazda na tle wiekowych zdobień to widok, który idealnie oddaje klimat Marrakeszu – miksu wielkiej historii i natury, która po prostu robi swoje w samym środku miejskiego zgiełku. Przejście przez ten potężny łuk zajmuje chwilę, ale warto wtedy na moment zwolnić, żeby poczuć skalę dawnej potęgi tego miasta.

Menara Gardens

📍 Pinezka na Google Maps

Ogrody Menara leżą kawałek od ścisłego centrum, więc przygotujcie się na dłuższy spacer albo szybki podjazd taksówką (no chyba, że śpicie w okolicy Menary – to w sumie spacerek 😄). Miejsce to różni się drastycznie od popularnego Majorelle – zamiast egzotycznych roślin i intensywnych kolorów, znajdziecie tu przede wszystkim potężny gaj oliwny i gigantyczny zbiornik wodny, który jest sercem całego kompleksu.

Początki tego miejsca sięgają XII wieku i czasów dynastii Almohadów. Centralny basen nie powstał tylko po to, żeby ładnie wyglądać; to genialny, historyczny system irygacyjny, który do dziś doprowadza wodę do okolicznych drzew za pomocą dawnych podziemnych kanałów zwanych khettara. Sam pawilon z charakterystycznym zielonym dachem, który zdobi niemal każdą pocztówkę z Marrakeszu, w obecnej formie pochodzi z XIX wieku, kiedy to został przebudowany na zlecenie sułtana.

Największym atutem Menary jest panorama. Przy dobrej widoczności nad dachem pawilonu wyrastają ośnieżone szczyty Atlasu Wysokiego – to bez wątpienia jeden z najbardziej ikonicznych widoków w całym kraju. Warto jednak pamiętać, że same ogrody to raczej miejsce na spokojny spacer w cieniu drzew oliwnych niż podziwianie precyzyjnie przystrzyżonych klombów. Mieszkańcy Marrakeszu uwielbiają tu wpadać na pikniki, więc klimat jest tu znacznie bardziej lokalny i luźny niż w obleganych pałacach medyny.

Jardin Majorelle

📍 Pinezka na Google Maps

Wizyta w tym ogrodzie to obowiązkowy punkt programu, ale warto wiedzieć, co właściwie tam rośnie, bo Majorelle nie szczędził sił na sprowadzanie rzadkich okazów. Największe wrażenie robi potężna kolekcja kaktusów – są ich dziesiątki gatunków, od małych kulek po kilkumetrowe kolosy, które wyglądają jak rzeźby. Zaraz obok znajdziecie gęsty, wysoki las bambusowy, który daje genialny cień i sprawia, że temperatura wewnątrz ogrodu jest o kilka stopni niższa niż na zewnątrz. Na wodzie, w cieniu pawilonów, unoszą się lotosy i lilie wodne, a nad głowami górują palmy daktylowe i waszyngtonie.

Całą tę zieleń podbija legendarny Majorelle Blue – ten specyficzny, intensywny odcień ultramaryny, którym pomalowane są ściany willi i donice. Artysta zainspirował się kolorem tradycyjnych marokańskich kafli oraz barwnikiem używanym w strojach Berberów. Ten kolor jest tak mocny, że nawet w pochmurny dzień ogród zdaje się świecić własnym światłem.

Historia tego miejsca ma też swój modowy rozdział. W 1980 roku, kiedy ogród niszczał i miał zostać wyburzony pod budowę hotelu, uratowali go Yves Saint Laurent i Pierre Bergé. Projektant tak kochał to miejsce, że po jego śmierci w 2008 roku prochy YSL rozsypano w tutejszym ogrodzie różanym. Znajdziecie tam skromny pomnik w formie rzymskiej kolumny upamiętniający jego postać.

Kilka konkretów przed wejściem:

  • Bilety tylko online: Zapomnijcie o kupowaniu wejściówek przy okienku. System rezerwacji na oficjalnej stronie jest restrykcyjny – bilet kupuje się na konkretną godzinę i warto to zrobić z kilkudniowym wyprzedzeniem.
  • Cena: Obecnie to 170 MAD za sam ogród (ok. 68 PLN). Jeśli chcecie dorzucić do tego Muzeum Berberów albo Muzeum Yves Saint Laurenta, zapłacicie odpowiednio więcej (pakiety łączone wychodzą korzystniej).
  • Tłumy: Ogród jest oblegany. Najlepiej celować w pierwszą godzinę po otwarciu (ok. 8:00) albo ostatnie wejście przed zamknięciem. W ciągu dnia przygotujcie się na „slalom” między ludźmi polującymi na idealne zdjęcie na Instagram.

Mimo ogromnej popularności i momentami męczącego tłoku, Jardin Majorelle broni się swoją estetyką. To nie jest typowy ogród botaniczny, gdzie czytacie etykiety przy każdym badylu – to raczej starannie zaprojektowana oaza, która pokazuje, że w samym środku pustynnego miasta da się utrzymać niesamowitą, egzotyczną dżunglę.

Yves Saint Laurent Museum

📍 Pinezka na Google Maps

Jeśli Jardin Majorelle to „żywy obraz”, to muzeum YSL jest architektonicznym majstersztykiem. Budynek zaprojektowany przez Studio KO z Paryża to nie jest zwykły klocek. Fasada z terakotowej cegły ma przypominać splot tkaniny – te wszystkie wypukłości i wzory nawiązują do nici osnowy w materiale. To pierwszy taki obiekt w Afryce poświęcony w całości twórczości jednego projektanta mody.

W środku znajdziecie stałą wystawę, która jest esencją pracy Yves’a. Zobaczycie tam kultowe projekty, jak choćby sukienkę Mondrian czy słynne le smoking (pierwszy kobiecy smoking), ale też mnóstwo szkiców, zdjęć i akcesoriów. Kolekcja jest rotacyjna – konserwatorzy wymieniają stroje co kilka miesięcy, żeby światło ich nie zniszczyło, więc nigdy nie widać wszystkiego naraz. Stąd pewnie Wasze wrażenie, że wystawa nie jest gigantyczna.

Warto zwrócić uwagę na Salę Wystaw Czasowych, gdzie faktycznie pilnują zakazu fotografowania. To miejsce na sztukę współczesną, fotografię i design, które często zmieniają kontekst całego muzeum. Jest też przepiękna biblioteka badawcza (ponad 6000 książek!) oraz audytorium, gdzie puszczają filmy o życiu projektanta.

Logistyka i ceny:

  • Bilety: Podobnie jak w przypadku ogrodu, zakup online jest obowiązkowy. Nie ma kasy na miejscu. Cena za samo muzeum to obecnie 130 MAD (ok. 52 PLN). Jeśli planujecie oba miejsca, najlepiej brać bilet łączony (Ogród + Muzeum YSL + Muzeum Berberów), który wychodzi korzystniej cenowo.
  • Pro tip z godziną: Potwierdzamy – obsługa w Maroku bywa elastyczna. Jeśli przed budynkiem nie ma gigantycznej kolejki i akurat jest luźniej w środku, ochroniarze przymykają oko na godzinę na bilecie i wpuszczają Was od ręki. Warto spróbować, jeśli jesteście w okolicy wcześniej.
  • Kawiarnia: Na tyłach jest Le Studio – kawiarnia zainspirowana studiem projektanta w Paryżu. Droga, ale bardzo stylowa, jeśli potrzebujecie chwili oddechu w „modowym” klimacie.

Podsumowanie

Podsumowując nasz wypad – Marrakesz to miasto, które trzeba przejść na własnych nogach, żeby poczuć jego prawdziwy klimat. My wykręciliśmy tam konkretną liczbę kroków i spaliliśmy pewnie rekordową ilość kalorii, ale dzięki temu zobaczyliśmy wszystko z bliska, bez filtrów.

Krótki rachunek sumienia z Marrakeszu:

  • Największy plus: Zdecydowanie Jardin Majorelle. Mimo tłumów i konieczności rezerwacji biletów z wyprzedzeniem, ta oaza robi największe wrażenie. Jest dopracowana, soczyście zielona i po prostu inna niż cała reszta zakurzonego miasta.
  • Największy niedosyt: Ogrody Menara. W porównaniu do Majorelle wypadają dość blado – są mniej zadbane i poza ikonicznym widokiem na basen z Atlasem w tle, nie dzieje się tam zbyt wiele. Dobra opcja na darmowy spacer, ale bez wielkich fajerwerków.
  • Souki: Nawet jeśli nie jesteście typami zakupowiczów (my zdecydowanie nie jesteśmy), to spacer przez te labirynty jest doświadczeniem samym w sobie. Można tam znaleźć absolutnie wszystko – od rzemieślniczych perełek po totalny kicz. Warto tam wejść choćby po to, żeby zobaczyć, jak ten organizm funkcjonuje od środka.

Werdykt? Marrakesz na pierwszy (i pewnie nie ostatni) raz to absolutna topka. Miasto potrafi zmęczyć hałasem i chaosem, ale nadrabia to historią, architekturą i klimatem, którego nie znajdziecie nigdzie indziej. Jeśli szukacie miejsca, które wyrwie Was z codziennej rutyny i dostarczy masy bodźców, to kierunek jest idealny.

My wróciliśmy zmęczeni, ale z poczuciem, że wycisnęliśmy z tego wyjazdu tyle, ile się dało. Jak na pierwszy marokański trip – plan wykonany w stu procentach!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *