This post is also available in:
English
Nie masz czasu czytać całości?
Podsumowanie AI
Cześć! 👋
To nie będzie tekst z perspektywy osób, które co chwilę latają biznes klasą i porównują każdy fotel, każdy kieliszek i każdy detal obsługi. Nie będziemy też udawać, że Air China to jedna z najbardziej prestiżowych biznes klas na świecie, bo raczej nie o to tutaj chodzi.
W grudniu dowiedzieliśmy się, że będę miał do zrealizowania event firmowy w Tokio. Japonia i tak była u nas na liście kierunków, które chcieliśmy kiedyś zobaczyć, ale wcześniej nie mieliśmy żadnego konkretnego planu. Skoro pojawił się wyjazd służbowy, a razem z nim przelot w biznes klasie, to po prostu dopięliśmy resztę podróży, kupiliśmy bilety dla Jadzi i ruszyliśmy do Japonii.
W tym wpisie pokażemy Wam, jak z naszej perspektywy wyglądał lot biznes klasą Air China na trasie do Tokio, czego można się spodziewać na pokładzie i czy ta różnica względem ekonomicznej faktycznie jest odczuwalna. Osoby, które regularnie latają biznesem, pewnie większość rzeczy już znają. My podeszliśmy do tego dużo prościej: skoro trafiła się okazja, to sprawdziliśmy, jak to wygląda w praktyce.
A o samej Japonii, Tokio i Kioto pogadamy już w kolejnych wpisach.
Jak trafiliśmy do biznes klasy Air China
Jak już wiecie ze wstępu, do Tokio leciałem najpierw sam, bo miałem tam do zrealizowania event firmowy w Akihabarze. Termin wypadł w kwietniu, czyli teoretycznie w sezonie kwitnącej wiśni. Teoretycznie, bo kiedy Jadzia doleciała tydzień później, to z tą wiśnią było już raczej średnio xD
Mój przelot służbowy był realizowany w biznes klasie, bo taka była polityka firmy. Nie narzekaliśmy 😄 Do ogarnięcia został więc bilet dla Jadzi i cała reszta naszej wspólnej podróży. Od początku wiedzieliśmy też, że musimy dobrze zgrać bilety powrotne, bo Jadzia dolatywała do mnie dopiero po tygodniu pracy. Dla niej był to przy okazji pierwszy samodzielny lot międzykontynentalny, więc nie chcieliśmy zostawiać tego na zasadzie „jakoś to będzie”.
Wybraliśmy trasę Warszawa – Pekin – Tokio Haneda, z około 4-godzinną przesiadką w Pekinie. Powrót ułożyliśmy tak, żeby zrobić jeszcze kilkudniowy stopover w Chinach, skoro i tak lecieliśmy przez Pekin. To był jeden z powodów, dla których Air China miała u nas sens — poza samym lotem do Japonii mogliśmy dorzucić do tego jeszcze krótki pobyt w Chinach.
W Tokio wybraliśmy lotnisko Haneda, a nie Naritę. Narita potrafiła być przy biletach trochę tańsza, u nas różnica wychodziła mniej więcej około 100 zł, ale dojazd z Narity do miasta jest dłuższy i też kosztuje. Haneda jest po prostu wygodniejsza, szczególnie jeśli lądujecie z myślą o szybkim dostaniu się do Tokio, a nie o kolejnym etapie podróży przez pół miasta.
Ceny w tym terminie nie były szczególnie przyjemne, bo Japonia w kwietniu swoje robi. Mój bilet w obie strony w biznes klasie kosztował około 12 000 PLN, a bilet Jadzi w ekonomicznej 4142 PLN. Czyli ja miałem lot służbowy opłacony przez firmę, a Jadzia musiała normalnie wyskoczyć z pieniędzy. Możecie się domyślić, że jej poziom zachwytu nad tą częścią planowania był umiarkowany 😄
Co nam przysługuje?
W przypadku Air China na trasach międzynarodowych do Japonii bagaż jest całkiem sensowny już w ekonomicznej. Przy naszym locie w ekonomicznej przysługiwały 2 sztuki bagażu rejestrowanego po 23 kg, a w biznes klasie 2 sztuki po 32 kg. Różnica była więc bardziej w wadze jednej walizki niż w samej liczbie sztuk. Do tego dochodził bagaż podręczny: w ekonomicznej 1 sztuka do 5 kg, a w biznes klasie 2 sztuki po 8 kg plus mały przedmiot osobisty, np. torba z laptopem.
Brzmi to jak dużo, szczególnie jeśli lecicie tylko na kilkanaście dni i nie planujecie przeprowadzki do Japonii. Z drugiej strony, po dotarciu na miejsce zaczęliśmy rozważać zakup drugiej walizki, więc nagle ten limit przestał wyglądać aż tak absurdalnie xD Japonia potrafi szybko zweryfikować, ile „na pewno nic nie kupimy” mieści się w jednej walizce.
Pod tym względem Air China wypadała naprawdę atrakcyjnie. Dwie walizki w cenie, sensowna cena biletu i możliwość zrobienia stopoveru w Pekinie były dla nas dużymi plusami. LOT z bezpośrednim lotem do Tokio-Haneda w tym samym okresie kosztował wyraźnie więcej, a biznes klasa w LOT była już kompletnie przekraczająca budżet (okolice 24 000 PLN). Może takie są po prostu regularne ceny biznes klasy, ale z perspektywy normalnego człowieka to już jest kwota, przy której człowiek kilka razy sprawdza, czy dobrze widzi.
W ramach biznes klasy dochodziła oczywiście osobna odprawa, Fast Track na lotnisku, priorytetowe wejście na pokład, szybsze wyjście z samolotu i dostęp do saloników biznesowych na lotniskach. Patrzymy na to z kilku perspektyw, bo lecieliśmy z Warszawy, później mieliśmy przesiadkę w Pekinie, a wracając korzystaliśmy też z lotniska w Pekinie po stopoverze w Chinach. Ogólnie pro-tip: jak w naszym przypadku, jedno z Was ma bilet ekonomiczny – to i tak odprawią Was przy stanowisku dla biznesu, nikt nie zwraca uwagi, że osoba „niższej kategorii” ma iść do kolejki 🙃.
Odprawa, bagaż i wejście na pokład
Na papierze wszystko wyglądało dobrze. W praktyce Air China ma jedną rzecz, która potrafi doprowadzić człowieka do lekkiego szału: swoje strony internetowe i zarządzanie rezerwacją. Jeśli bilet kupicie przez konkretną wersję strony, na przykład airchina.de, to część rzeczy musicie później robić właśnie przez tę wersję. Nie przez .com, nie przez .it, nie przez inną domenę, tylko dokładnie tam, gdzie system uzna, że Wasza rezerwacja żyje. U mnie dodatkowo bilet był kupowany przez firmowego pośrednika, więc edycja rezerwacji momentami przypominała próbę korzystania z internetu w latach 90.
Co ciekawe, część rzeczy działała. Dało się zmienić dietę, wybrać miejsce i coś tam podejrzeć w rezerwacji. Ale już z dodatkowymi benefitami było różnie. Przy bilecie Jadzi dało się ogarnąć darmowy przejazd pociągiem z lotniska w Pekinie, a przy moim bilecie nie. Jej bilet dało się odprawić online, mojego nie. Dlaczego? Bo tak xD.
Największym absurdem było to, że po mniej więcej dwóch godzinach walki ze stroną Air China udało mi się zamówić prywatnego kierowcę spod hotelu w Pekinie na lotnisko. Serio. System nie chciał współpracować przy prostszych rzeczach, ale przejazd z hotelu o 1 w nocy na lotnisko dało się finalnie załatwić. Cyrk, ale przynajmniej z happy endem. Na coś się praca w IT przydała 😄.
Do tego dochodzi jeszcze bagaż priority. Walizki nadane na bilecie biznesowym powinny wyjechać na taśmę szybciej niż standardowy bagaż. U nas wykorzystaliśmy to praktycznie: nadaliśmy dwie walizki na mój bilet, żeby po przylocie nie czekać specjalnie na bagaż Jadzi z ekonomicznej. To drobiazg, ale po długiej trasie każdy kwadrans mniej przy taśmie jest na plus.
Samo wejście na pokład w biznes klasie było już bezproblemowe. Wchodzicie wcześniej, macie więcej spokoju z bagażem podręcznym i nie ma tego klasycznego przepychania się w kolejce, gdzie każdy udaje, że musi być pierwszy, mimo że samolot i tak bez niego nie odleci. Po lądowaniu też wychodzicie jednymi z pierwszych.
Lounge przed lotem – miły dodatek czy realna różnica?
W ramach biletu w biznes klasie dostajecie dostęp do saloników lotniskowych na trasie. Jeśli ktoś wcześniej z nich nie korzystał, to w praktyce jest to osobna przestrzeń przed lotem, gdzie możecie usiąść spokojniej niż przy bramce, coś zjeść, napić się kawy albo alkoholu, podładować telefon i przeczekać czas do boardingu bez siedzenia na podłodze między walizkami.
Najlepsze wrażenie zrobił na mnie salonik Mazurek w strefie non-Schengen na warszawskim Okęciu. Jedzenie było dobre, wybór sensowny, dało się normalnie usiąść i złapać trochę spokoju przed długim lotem. To akurat było miłe zaskoczenie, bo samo warszawskie lotnisko przy większym ruchu long-haulowym szybko pokazuje swoje ograniczenia. Wystarczy, że w podobnym czasie odprawia się kilka większych samolotów i już robi się ciasno, szczególnie przy kontroli paszportowej.
W strefie non-Schengen na Okęciu są dwa saloniki: Mazurek i Etiuda. W Etiudzie byliśmy wcześniej przy innej okazji, korzystając z Revoluta. Mieliśmy wtedy opóźniony lot i weszliśmy przez DragonPassa. Kolejny pro-tip: Oficjalnie Revolut wycofał już ten benefit w starej formie, ale wystarczy kontakt z supportem na chacie i wydadzą Wam wejsciówki, jeżeli lot opóźnia się o więcej niż godzinę (wymagany jest płatny plan).
Salonik w Pekinie był dużo większy, ale jedzeniowo wypadł słabiej. Miejsca było sporo, dało się odpocząć, ale jeśli chodzi o jedzenie, nie miałem poczucia, że to jest jakiś mocny punkt całego doświadczenia. Bardziej wygodna poczekalnia niż miejsce, dla którego człowiek specjalnie przychodzi wcześniej na lotnisko.
W saloniku na Tokio Haneda niestety nie byliśmy, więc nie będziemy udawać, że możemy go ocenić. Przy tego typu wpisach łatwo popłynąć w opisywanie wszystkiego „z internetu”, ale tu trzymamy się tego, co sami sprawdziliśmy.
Czy lounge robi realną różnicę? Tak, ale głównie wtedy, kiedy macie dłuższe czekanie, przesiadkę albo lotnisko jest zapchane. To nie jest najważniejszy element biznes klasy, ale przed długim lotem fajnie zacząć podróż spokojniej, z normalnym miejscem do siedzenia i jedzeniem.
Wejście na pokład i pierwsze wrażenie
Na odcinku Warszawa – Pekin lecieliśmy Airbusem A330. Trochę szkoda, że nie trafił się Airbus A350, bo to nowszy samolot we flocie Air China i jest mniej… zużyty. Lecieliśmy nim z Mediolanu do Chengdu w drodze do Tajlandii w 2025 roku, więc mieliśmy już jakieś porównanie. U nas zarówno w drodze do Japonii, jak i później w drodze powrotnej, długi odcinek obsługiwał A330. I w obu przypadkach było widać, że kabina ma już swoje lata.
Do samolotu wchodzicie jako jedni z pierwszych. Przy naszym locie biznes klasa miała osobne wejście, więc od razu omijacie ten moment, w którym pół samolotu stoi w przejściu, ktoś upycha walizkę nad głową, ktoś szuka miejsca, a ktoś jeszcze próbuje przejść pod prąd.
Pierwsze wrażenie? Miłe, ale bez efektu „wow”. Widać więcej przestrzeni, jest spokojniej, od razu czujecie, że to będzie wygodniejszy lot niż w ekonomicznej. Tylko że zaraz obok pojawia się druga myśl: tu coś zużyte, tu coś wygięte, tu coś brudne. Czyli bardziej „okej, będzie wygodnie” niż „ale luksus”.
Po zajęciu miejsca obsługa od razu przyniosła ręczniczek, było powitanie i coś do picia przed startem. To są drobiazgi, ale budują poczucie spokojniejszego początku lotu. Ja miałem ustawioną dietę bez laktozy, więc nie dostawałem standardowego menu jak reszta pasażerów — moje jedzenie było ogarniane osobno.
Fotel w Air China Business Class
Fotel to główny powód, dla którego biznes klasa na długim locie ma sens. Nie jedzenie, nie ręczniczek, nie kieliszek przed startem, tylko właśnie to, że przez kilka albo kilkanaście godzin nie musicie siedzieć z „kolanami pod brodą” i zastanawiać się, gdzie położyć rękę, żeby nie wchodzić komuś w przestrzeń.
W Airbusie A330 Air China biznes klasa była w układzie 2-2-2. Nie jest to najbardziej prywatna konfiguracja, bo nie każde miejsce ma bezpośredni dostęp do przejścia. W nowszych biznes klasach coraz częściej spotyka się układ 1-2-1, gdzie każdy ma więcej prywatności i może wyjść bez proszenia sąsiada o przepuszczenie.
Samo siedzenie jest dużo szersze niż w ekonomicznej, macie więcej miejsca na nogi i możecie ustawiać fotel w różnych pozycjach. Da się normalnie odchylić, podnieść podnóżek, rozprostować nogi i finalnie rozłożyć fotel do pozycji leżącej. I to jest największy konkret całego lotu.
Różnica wychodzi najmocniej nie przy starcie, tylko po kilku godzinach. W ekonomicznej człowiek zaczyna szukać jakiejkolwiek pozycji, która nie boli. Tu po prostu zmieniacie ustawienie fotela, prostujecie nogi, kładziecie się, przykrywacie kołdrą i macie realną szansę przespać część trasy.
Czy było wygodnie? Tak, bez porównania. Czy był to najładniejszy albo najnowocześniejszy fotel biznesowy, jaki widzieliśmy na zdjęciach? Nie. Air China w A330 daje przede wszystkim przestrzeń, możliwość spania i dużo spokojniejszy lot, ale nie daje poczucia nowego, dopieszczonego produktu premium.
Jedzenie na pokładzie
Jedzenie w biznes klasie jest częścią całego doświadczenia, ale od razu powiemy: u nas nie było to nic wybitnego. Było lepiej niż w ekonomicznej, było podane spokojniej, na normalnej zastawie, z obrusem i kilkoma elementami na tacy, ale nie mieliśmy poczucia, że nagle trafiliśmy do restauracji nad chmurami.
Na początku obsługa podchodzi i pyta, co chcecie zjeść. Jeśli macie standardowe menu, możecie wybrać danie z dostępnych opcji. U mnie było trochę inaczej, bo miałem wcześniej ustawioną dietę bez laktozy, więc nie wybierałem z normalnej karty. Moje posiłki były przygotowane osobno i obsługa pytała głównie, kiedy chcę je dostać.
Przed głównym posiłkiem pojawiła się mała przekąska. W moim przypadku był to niewielki szaszłyk i miseczka z orzechami. Potem wjechał większy posiłek: danie główne, warzywa, owoce, sałatka, mandarynka i wafle ryżowe. Wyglądało to całkiem sensownie, szczególnie jak na jedzenie w samolocie, ale smakowo było raczej poprawnie niż zachwycająco.
Na późniejszym etapie lotu, bliżej lądowania, podano kolejny posiłek. Ponieważ lądowałem w Pekinie około 4 rano, trudno nawet jednoznacznie nazwać, czy to była kolacja, śniadanie, czy coś pomiędzy. I chyba tak właśnie smakowało — jak samolotowy posiłek podany o dziwnej godzinie, kiedy organizm i tak nie do końca wie, co się dzieje.
Jadzia miała podobne wrażenia w drodze powrotnej. Start był około 3 w nocy, więc pierwszy większy posiłek funkcjonował bardziej jako „śniadanie”, tylko że o takiej godzinie człowiek nie do końca wie, czy powinien jeść, spać, czy patrzeć w ścianę. Potem lądowaliśmy w Warszawie koło 12:00 i znowu pojawił się posiłek w klimacie śniadaniowym.
Największa różnica względem ekonomicznej nie polegała więc na tym, że jedzenie było wybitne. Bardziej na całej otoczce: więcej spokoju, normalna zastawa, kilka elementów zamiast jednej tacki „wszystko naraz”, obsługa podchodząca indywidualnie i możliwość zjedzenia w mniej ciasnych warunkach.
Amenity kit, kołdra, poduszka i drobiazgi
W biznes klasie Air China na fotelu czekał też amenity kit, czyli mała kosmetyczka z rzeczami przydatnymi podczas długiego lotu. W środku były między innymi szczoteczka, pasta do zębów, grzebień, opaska na oczy, zatyczki do uszu, skarpetki i kilka kosmetyków od L’Occitane. Nic, co zmienia życie, ale przy kilkunastu godzinach w samolocie część tych rzeczy faktycznie się przydaje.
Do tego była poduszka i kołdra. Poduszka dawała radę, kołdra była raczej cienka, ale wystarczała, żeby przykryć się po rozłożeniu fotela. Prześcieradła nie było, więc nie był to pełny „bed mode” jak w bardziej dopracowanych biznes klasach.
Były też słuchawki, których oczywiście nie zabiera się po locie. I dobrze, bo nie było czego żałować — działały, ale były dość tandetne.
Ekran, internet i rozrywka pokładowa
System rozrywki pokładowej to jest temat, który u wielu przewoźników potrafi wyglądać podobnie: albo działa wolno, albo jest toporny, albo reaguje z opóźnieniem, albo po prostu sprawia wrażenie, jakby najlepsze lata miał dawno za sobą. W Air China na A330 nie było inaczej 😄.
Ekran był, filmy były, coś dało się obejrzeć, ale cały system działał dość ciężko. Reakcje były opóźnione, interfejs nie był szczególnie wygodny, a momentami wszystko sprawiało wrażenie lekko przywieszonego.
Najdziwniejszy był pilot do sterowania ekranem. Znajdował się w schowku po lewej stronie, obok gniazdka. Brzmi niewinnie, dopóki nie zaczniecie wkładać tam swoich rzeczy. Wtedy bardzo łatwo przypadkiem nacisnąć przycisk i wezwać obsługę. Nie mam pojęcia, kto uznał, że to dobre miejsce na pilot, ale projektowo było to naprawdę średnie xD
Internetu na pokładzie A330 nie było. Było za to pokładowe Wi-Fi, ale nie w znaczeniu normalnego internetu, tylko sieci do połączenia się z systemem rozrywki i oglądania filmów na własnym telefonie albo tablecie.
Czy biznes klasa na krótszym locie ma sens?
Z Pekinu do Tokio-Haneda nie leci już taki sam szerokokadłubowy samolot jak na trasie Warszawa – Pekin. U nas był to wąskokadłubowy samolot z biznes klasą w układzie 2-2 i ekonomiczną w układzie 3-3. Czyli dalej jest wygodniej, ale nie jest to ten sam poziom różnicy, co przy długim locie w A330.
Fotel w biznesie na tym odcinku był po prostu większym, szerszym siedzeniem z większą ilością miejsca na nogi. Nie rozkładał się do leżenia jak na długiej trasie, więc odpada największa zaleta biznes klasy, czyli normalny sen. Przy locie trwającym około 3–4 godziny i tak nie zdążylibyśmy tego sensownie wykorzystać.
Sama kabina też nie robiła szczególnego wrażenia. Siedzenia były już wyraźnie zmęczone życiem, takie trochę „wypierdziane”, mówiąc wprost. Było wygodniej niż w ekonomicznej, ale nie było poczucia, że siedzimy w czymś wyjątkowym.
Na pokładzie dostaliśmy jeden posiłek. Był poprawny, ale znowu — bez większego zachwytu. Bardziej jedzenie, które ma Was nakarmić między Pekinem a Tokio, niż element podróży, który będziecie wspominać po powrocie.
Jadzia miała podobne odczucia, kiedy lecieliśmy razem z Hanedy do Pekinu w drodze powrotnej. Tak, jest lepiej niż w ekonomicznej. Macie więcej miejsca, mniej ludzi wokół i spokojniejszy lot. Ale czy dopłacalibyśmy specjalnie duże pieniądze za biznes klasę tylko na takim odcinku? Raczej nie.
Czy biznes klasa Air China faktycznie robi różnicę?
Skoro pojawiła się możliwość lotu biznes klasą, to trudno było z niej nie skorzystać. I trzeba powiedzieć uczciwie: tak, różnica jest. Nie taka, że nagle całe latanie staje się magicznym doświadczeniem i człowiek nie chce już nigdy patrzeć w stronę ekonomicznej, ale na długim locie czuć ją bardzo wyraźnie.
Największą różnicę robi fotel. Saloniki, priority boarding, szybszy bagaż, osobna odprawa czy lepsze jedzenie są miłe, ale część z tych rzeczy znaliśmy już wcześniej z innych podróży albo benefitów kartowych. Pierwszy raz mieliśmy za to możliwość normalnego położenia się podczas lotu międzykontynentalnego. I to jest ten element, który naprawdę zmienia podróż. Po kilku godzinach w powietrzu nie szukacie pozycji, w której boli trochę mniej, tylko rozkładacie fotel, przykrywacie się kołdrą i próbujecie spać jak człowiek.
Air China Business Class nie zrobiła na nas wrażenia jako produkt premium sam w sobie. A330 był już zużyty, system rozrywki działał średnio, jedzenie było poprawne, ale bez zachwytu, a kilka rozwiązań technicznych wyglądało tak, jakby nikt ich nie testował z prawdziwymi pasażerami. Mimo tego podstawowa funkcja biznes klasy została spełniona: było dużo wygodniej, spokojniej i łatwiej przetrwać długą trasę.
Czy dopłacilibyśmy za taki bilet z własnej kieszeni kilkanaście tysięcy złotych? Raczej nie. Przy cenie około 12 000 PLN za mój bilet i 4142 PLN za bilet Jadzi w ekonomicznej różnica jest po prostu ogromna. Jeśli jednak biznes klasa wynika z polityki firmy, upgrade’u, punktów albo bardzo dobrej promocji, to jest to doświadczenie, które realnie poprawia komfort podróży.
Osobnym tematem są mile i Miles & More. Za loty Air China nie dostaliśmy punktów kwalifikujących do statusu w taki sposób, jak przy lotach liniami z grupy Lufthansa, ale same mile i punkty za lot partnerską linią już tak. Przy biznes klasie te wartości rosną dużo szybciej niż przy ekonomicznej, więc jeśli ktoś regularnie lata służbowo, status typu Frequent Traveller może wpaść dość szybko. W moim przypadku po kilku lotach służbowych powinno się to już spiąć.
Nam bardziej zależało jednak na milach niż na samym statusie. Chcemy je później wykorzystać na kolejny lot międzykontynentalny, więc każdy taki odcinek coś dokłada do puli. Zobaczymy, ile uda się jeszcze uzbierać i czy faktycznie przełoży się to na sensowny bilet w 2027 roku.
Na ten moment nasz wniosek jest prosty: Air China Business Class nie była luksusem z katalogu, ale była ogromnym skokiem komfortu względem ekonomicznej. Największy plus to możliwość spania na długim odcinku. Największy minus — starsza kabina i poczucie, że część produktu zatrzymała się kilka lat temu.
We wrześniu będziemy mieli kolejne porównanie, tym razem z biznes klasą LOT-u na trasie do Indii. I to będzie ciekawe, bo wtedy zobaczymy, czy polski przewoźnik faktycznie daje lepsze doświadczenie, czy po prostu dużo droższy bilet.
Zajrzyj do naszych podobnych wpisów
Stopover w Szanghaju – jak spędzić jeden dzień w Chinach z Air China
Krótki stopover w Szanghaju? Zobacz, jak wykorzystaliśmy jeden dzień w Chinach podczas przesiadki z Air China – atrakcje, praktyczne porady i nasze wrażenia.
Kiszyniów – Mołdawia na weekend. Jak wygląda city break w tej stolicy?
Krótki wypad do Kiszyniowa – nasze wrażenia, zaskoczenia i kilka praktycznych wskazówek, jeśli też planujesz tu zajrzeć.