Kiyomizu-dera temple w kioto z tłumem turystów i japońską flagą Kiyomizu-dera temple w kioto z tłumem turystów i japońską flagą

Kioto bez pocztówkowego filtra. Jak wygląda pobyt, transport i zwiedzanie miasta

Kioto kojarzy się ze świątyniami i starymi uliczkami, ale codzienny pobyt wygląda bardziej przyziemnie. Pokazujemy, jak poruszaliśmy się po mieście, gdzie spaliśmy, co jedliśmy i co dobrze wiedzieć przed wyjazdem.

This post is also available in: Przełącz na EnglishEnglish

Spis treści

Cześć! 👋

Po Tokio przyszedł czas na kolejny punkt naszej pierwszej podróży po Japonii. Skoro już byliśmy na miejscu, chcieliśmy zobaczyć coś więcej niż tylko ogromną stolicę i sprawdzić, czy Kioto rzeczywiście jest takim spokojniejszym kontrastem do Tokio, jak często się o nim mówi.

Na papierze wszystko się zgadza. Kioto jest dużo mniejsze, ma około 1,43 mln mieszkańców, a Tokio to zupełnie inna skala. My też spodziewaliśmy się więc trochę wolniejszego tempa, mniej ludzi i większego oddechu po kilku dniach spędzonych w Tokio.

No i tutaj mały spoiler: mniej mieszkańców nie oznacza mniej ludzi na ulicach.

Kioto jest jednym z najpopularniejszych miejsc turystycznych w Japonii i w wielu częściach miasta czuć to bardzo mocno. Szczególnie przy świątyniach, w Gion czy na trasach prowadzących do najbardziej znanych miejsc tłum potrafi być większy, niż zakładaliśmy. Miasto samo prowadzi rozbudowane statystyki ruchu turystycznego i od lat mierzy się z przeciążeniem części dzielnic przez odwiedzających.

Mimo tego Kioto od początku wydawało nam się zupełnie inne niż Tokio. Inna zabudowa, więcej chodzenia, inne tempo przemieszczania się po mieście i dużo większa rola autobusów. Do tego dochodzi oczywiście cała warstwa historyczna, której w Tokio nie odczuwa się w taki sam sposób.

Ten tekst jest więc naturalną kontynuacją naszych wcześniejszych wpisów z Japonii. Jeśli dopiero tutaj do nas trafiliście, wcześniej opisaliśmy już nasz pierwszy pobyt w Tokio, miejsca, które faktycznie tam odwiedziliśmy, oraz transport po mieście.

A teraz czas na Kioto. Jak się tam dostaliśmy, gdzie spaliśmy, jak poruszaliśmy się po mieście, czy autobusy rzeczywiście są takim utrapieniem, jak się czasem mówi, ile kosztował nas pobyt i przede wszystkim, czy po Tokio rzeczywiście poczuliśmy tutaj trochę spokoju.

Jak dojechaliśmy z Tokio do Kioto?

Między Tokio a Kioto nie zastanawialiśmy się długo nad środkiem transportu. Chcieliśmy przejechać się Shinkansenem, a przy tej odległości jest to też po prostu najwygodniejsza opcja. Wsiedliśmy na Tokyo Station i po nieco ponad dwóch godzinach byliśmy już na Kyoto Station.

Wybraliśmy zwykły wagon z rezerwacją konkretnych miejsc, więc nie było szukania wolnego fotela po wejściu do pociągu. Na Tokaido Shinkansen kursują trzy podstawowe rodzaje pociągów: Nozomi, Hikari i Kodama. Wszystkie dojeżdżają do Kioto, ale różnią się liczbą postojów. Nozomi zatrzymuje się najrzadziej i pokonuje trasę Tokyo-Kyoto w około 2 godziny i 10 minut, Hikari potrzebuje około 2 godzin i 40 minut, a Kodama zatrzymuje się praktycznie wszędzie i jedzie znacznie dłużej.

Bilety kupiliśmy wcześniej przez internet z rezerwacją miejsc. Można oczywiście podejść do automatu albo kasy już na stacji, ale jeśli znacie dzień i mniej więcej godzinę wyjazdu, nie bardzo widzimy powód, żeby zostawiać to na ostatnią chwilę 😄 Oficjalna strona SmartEX pozwala wybrać konkretny pociąg i miejsca z mapy wagonu, a rezerwację można później zmienić przed odjazdem. Przy całkowicie spontanicznym wyjeździe kupowanie biletu na stacji ma już oczywiście więcej sensu.

I tak, Shinkansen jest punktualny. Nie w znaczeniu „mniej więcej o tej godzinie”. Pociąg przyjeżdża, ludzie wysiadają, obsługa przygotowuje skład i chwilę później jedzie dalej zgodnie z rozkładem. Po polskich doświadczeniach człowiek trochę odruchowo zostawia sobie margines na „a może coś się wydarzy”, tutaj nie był nam potrzebny.

W drodze powrotnej jechaliśmy ponownie Shinkansenem z rezerwowanymi miejscami, ale tym razem nie wracaliśmy aż na Tokyo Station. Wysiedliśmy na Shinagawie, bo ostatnią noc mieliśmy przy Hanedzie. Następnego ranka czekał nas lot powrotny z lotniska Haneda przez Pekin do Warszawy, więc zamiast wracać do centrum, a rano znowu przejeżdżać pół Tokio, pojechaliśmy od razu bliżej lotniska. Hotel mieliśmy na tyle blisko terminala, że rano wystarczyło się zebrać i przejść tunelem na lotnisko.

Pierwsze wrażenie po Tokio

Po wyjściu z Kyoto Station różnicy jeszcze specjalnie nie czuliśmy. Ludzi dużo, dworzec ogromny, droga do metra pełna pasażerów. Gdyby ktoś nas wtedy zapytał, gdzie jest to całe „spokojniejsze Kioto”, odpowiedź byłaby krótka: jeszcze nie tutaj 😄

Dopiero kiedy zaczęliśmy chodzić po mieście, różnice stały się dużo bardziej widoczne.

Pierwsza to skala zabudowy. W Tokio bardzo często idziecie między wysokimi budynkami, wielopoziomowymi stacjami, estakadami i szerokimi arteriami. W Kioto dużo częściej otaczała nas zabudowa mająca kilka kondygnacji, małe sklepy na parterze, domy stojące bezpośrednio przy ulicy i boczne uliczki, w które samochód ledwo się mieścił.

To nie jest wyłącznie kwestia przypadku czy „historycznego klimatu”. Kioto od dawna mocno pilnuje wyglądu miasta. Od 1930 roku chroni wybrane krajobrazy, a w 2007 roku zaostrzyło ograniczenia dotyczące wysokości budynków. Miasto reguluje też wygląd reklam i nowych budynków tak, żeby nie zdominowały historycznej zabudowy i widoków.

Dlatego nawet zwykły spacer potrafi wyglądać inaczej niż w Tokio. Nie trzeba być akurat przy świątyni czy na starej ulicy w Gion. W wielu częściach centrum nadal widać kyo-machiya, czyli tradycyjne, wąskie domy miejskie. Charakterystyczne jest to, że od strony ulicy wyglądają niepozornie i są wąskie, ale ciągną się daleko w głąb działki. Taki układ bywa określany jako „eel’s bed”, czyli łóżko węgorza.

Druga rzecz, którą zaczęliśmy zauważać podczas chodzenia, to układ ulic. Centrum Kioto ma bardzo regularną siatkę. Nie powstała ona współcześnie. Kiedy w 794 roku zakładano Heian-kyo, czyli poprzednika dzisiejszego Kioto, miasto zaplanowano na wzór chińskiego Chang’an. Ulice przebiegały równolegle ze wschodu na zachód i z północy na południe, a ten układ nadal jest mocno widoczny w dzisiejszym centrum.

To daje trochę zabawny efekt. Z jednej strony uliczki potrafią być bardzo wąskie i kameralne, a z drugiej łatwiej niż w Tokio zorientować się, gdzie właściwie jesteśmy, bo spora część centrum jest zbudowana na regularnej kratce.

Dochodzi jeszcze otoczenie miasta. Kioto leży w kotlinie i jest otoczone górami od północy, wschodu i zachodu. W Tokio łatwo zapomnieć, gdzie kończy się jedno miasto, a zaczyna kolejne, bo zabudowa ciągnie się praktycznie bez przerwy. W Kioto góry są dużo częściej obecne gdzieś na końcu ulicy albo w tle. Dzięki temu miasto wizualnie ma wyraźniejsze granice.

Ile dni spędziliśmy w Kioto i czy to wystarczyło?

W Kioto byliśmy od 25 do 28 kwietnia, więc mieliśmy trzy noclegi i w praktyce około trzech dni na miejscu. Jak na pierwszy pobyt wyszło nam to całkiem sensownie, bo zdążyliśmy zobaczyć wszystko, co mieliśmy na swojej liście, a jeden cały dzień przeznaczyliśmy jeszcze na wyjazd do Nary.

To też dobrze pokazuje, że Kioto nie trzeba od razu planować na tydzień, żeby coś z niego wynieść. Jeśli dobrze pogrupujecie miejsca i nie będziecie próbować codziennie jeździć z jednego końca miasta na drugi, trzy dni potrafią wystarczyć na naprawdę dużo.

Jak poruszać się po Kioto?

Po Tokio spodziewaliśmy się, że w Kioto transport będzie prostszy, bo samo miasto jest dużo mniejsze. I trochę tak jest, ale działa to inaczej. W Tokio praktycznie zawsze gdzieś obok mieliśmy stację kolejową albo metra. W Kioto znacznie częściej trzeba połączyć pociąg, metro, autobus i kawałek spaceru.

Największa pułapka na początku polega na tym, że patrząc na mapę łatwo uznać autobus za najlepszą opcję, bo dowozi prawie pod drzwi konkretnej świątyni. Tylko że jedzie ulicą razem z całym ruchem, zatrzymuje się co chwilę i przy popularnych miejscach potrafi być naprawdę pełny. Jeśli obok jest kolej albo metro, często szybciej przejechać większą część trasy po torach, a dopiero ostatni fragment zrobić pieszo albo autobusem.

Autobusy w Kioto

W centrum na większości zwykłych tras Kyoto City Bus obowiązuje stała taryfa 230 JPY za przejazd. Podczas naszego pobytu najczęściej wsiadaliśmy tylnymi drzwiami, a płaciliśmy przy wysiadaniu z przodu. Przy karcie IC wystarczy przyłożyć Suicę albo inną obsługiwaną kartę do czytnika przy wyjściu. Na trasach wyjeżdżających poza strefę stałej taryfy zasada może wyglądać inaczej, bo wtedy kartę przykłada się również przy wejściu, żeby system wiedział, skąd jedziecie.

To dobrze wiedzieć wcześniej, bo w tokijskich autobusach byliśmy przyzwyczajeni do płacenia już przy wejściu. W Kioto przez pierwszą chwilę można się więc zastanawiać, czy przypadkiem czegoś się nie przegapiło.

Przystanki i kolejne postoje są wyświetlane w autobusie, więc nie trzeba znać japońskiego. Przed swoim przystankiem wciskacie przycisk STOP, a opłatę rozliczacie przy wysiadaniu.

Z dużą walizką lepiej jednak do autobusu nie wsiadać. Nie jest to formalnie zabronione, ale autobusy w Kioto są często pełne, a jedna duża walizka potrafi zająć miejsce kilku osób. Problem zrobił się na tyle duży, że miasto prowadzi kampanię „Hands Free Kyoto” i zachęca do zostawiania bagażu w przechowalni albo wysyłania go bezpośrednio z Kyoto Station do hotelu.

Jeśli przyjeżdżacie Shinkansenem z dużymi bagażami, sensowniejsze może być więc metro, kolej albo dostarczenie walizek do hotelu, zamiast wpychania się z nimi do zatłoczonego City Busa. Na Kyoto Station działa sporo schowków i punktów przechowania, są też usługi dostawy bagażu do noclegu tego samego dnia.

Metro, JR, Keihan, Hankyu i inne koleje

I tutaj zaczyna się część, która na pierwszy rzut oka może wyglądać jak powtórka z Tokio: znowu kilku operatorów 😄

Samo metro w Kioto ma tylko dwie linie. Karasuma Line biegnie głównie z północy na południe i przechodzi przez Kyoto Station, Shijo oraz Karasuma Oike. Tozai Line przecina miasto bardziej ze wschodu na zachód, między innymi przez Higashiyamę, Sanjo Keihan i Nijo. Obie linie krzyżują się na Karasuma Oike.

Metro jest więc proste, ale samo nie dowiezie Was wszędzie. I dlatego przy zwiedzaniu zaczynają się przydawać koleje innych operatorów.

JR jest szczególnie wygodne, jeśli zaczynacie przy Kyoto Station. JR Nara Line jedzie bezpośrednio do Inari przy Fushimi Inari Taisha, a Sagano Line jest jednym z najprostszych sposobów na dotarcie w okolice Arashiyamy. JR przyda się też oczywiście przy wyjeździe do Nary.

Keihan biegnie po wschodniej stronie miasta. To bardzo przydatna linia, jeśli mieszkacie albo zwiedzacie okolice Gion, Sanjo czy Fushimi. Z Gion-Shijo można bezpośrednio pojechać w stronę Fushimi Inari, a stacje Keihan leżą też sensownie względem części atrakcji Higashiyamy. 

Hankyu będzie przydatne przede wszystkim w centrum, w okolicach Kyoto-Kawaramachi i Karasuma, a dalej pozwala jechać w stronę Arashiyamy albo Osaki. Kyoto-Kawaramachi leży właściwie w samym środku jednej z najbardziej ruchliwych części miasta, więc czasem jest dużo wygodniejszym punktem startowym niż Kyoto Station.

Do tego dochodzi jeszcze Kintetsu, między innymi w stronę Nary, oraz niewielka kolej Randen, którą można wykorzystać przy zwiedzaniu zachodniej części miasta i Arashiyamy.

Suica i karty IC

Tutaj mieliśmy już łatwiej, bo przyjechaliśmy z Tokio z naszymi Suicami i po prostu dalej z nich korzystaliśmy.

Nie trzeba kupować osobnej „karty na Kioto”. Suica działa w miejskim metrze i autobusach, a także u wielu operatorów kolejowych w regionie Kansai. Tak samo działają inne karty należące do ogólnokrajowego systemu wzajemnej akceptacji, między innymi ICOCA czy PASMO.

W metrze sprawa wygląda dokładnie tak, jak można się spodziewać: przykładacie kartę przy wejściu przez bramkę i ponownie przy wyjściu. W autobusie sposób użycia zależy od rodzaju trasy, ale przy zwykłych miejskich liniach płaciliśmy Suicą przy wysiadaniu.

To jest wygodne szczególnie dlatego, że w ciągu jednego dnia możecie przejechać się metrem, JR, Keihanem i autobusem, a nie musicie za każdym razem zastanawiać się, jaki papierowy bilet kupić.

Jedyny stary problem pozostał ten sam co w Tokio: fizyczną kartę IC najlepiej pilnować pod kątem salda. Automaty do doładowania w metrze nadal przyjmują jeny, a nie zwykłą kartę płatniczą. Przy Suice w Apple Wallet ten temat mieliśmy z głowy, bo saldo mogliśmy uzupełnić telefonem.

Czy Kioto da się zwiedzać pieszo?

Tak, i u nas właśnie chodzenie było podstawowym sposobem zwiedzania Kioto. Hotel mieliśmy niedaleko Omiya, więc jak na nasze plany trafiliśmy z lokalizacją całkiem dobrze. Do wielu miejsc w centrum mogliśmy po prostu wyjść rano i ruszyć pieszo, bez analizowania za każdym razem autobusu czy metra.

Kioto dobrze się do tego nadaje, szczególnie jeśli danego dnia trzymacie się jednej części miasta. Centrum jest dość zwarte, a między Shijo, Nishiki Market, Kawaramachi, Gion czy dalszą częścią Higashiyamy można spokojnie przechodzić na nogach. Często nawet wybieraliśmy spacer zamiast jednego czy dwóch przystanków komunikacją, bo po drodze zawsze trafiało się coś, czego nie zauważylibyśmy z autobusu. Samo miasto też podpowiada piesze dojścia jako sensowną alternatywę przy wielu popularnych miejscach, zwłaszcza kiedy autobusy stoją w korkach.

Tylko dobrze patrzeć na mapę trochę szerzej niż przez pryzmat samego centrum. Kioto jest rozciągnięte i część miejsc leży już zdecydowanie za daleko na sensowny spacer. Arashiyama i Bamboo Forest są po zachodniej stronie miasta. Tam korzystaliśmy z transportu, bo przechodzenie kilkunastu kilometrów tylko po to, żeby zacząć właściwe zwiedzanie, nie miałoby większego sensu. Z centrum można dojechać tam koleją Hankyu, Randen albo JR, a z samej stacji dalej już normalnie chodzić pieszo po całej okolicy. 

Podobnie było z Byodo-in, które mieliśmy w planie, ale ostatecznie nie udało nam się tam dotrzeć. Świątynia znajduje się w Uji, czyli już poza samym Kioto. Z Kyoto Station szybki JR Nara Line jedzie do Uji około 17 minut, a później zostaje mniej więcej 10 minut spaceru.

Tłumy w Kioto i kiedy jest najgorzej?

Dużo zależało od tego, gdzie akurat byliśmy. Wystarczyło odejść od najpopularniejszych tras i momentami można było normalnie spacerować po prawie pustych bocznych ulicach.

Największe zderzenie z liczbą turystów mieliśmy w drodze do Kiyomizu-dera. Tam było już naprawdę grubo 😄 Im bliżej świątyni, tym bardziej ulica zamieniała się w jeden ciąg ludzi idących w obie strony. Dochodzą sklepy, restauracje, osoby zatrzymujące się na zdjęcia i grupy wycieczkowe, więc nawet stosunkowo krótki odcinek potrafi iść bardzo powoli.

Trochę tłumaczy to sam układ tego miejsca. Do terenu Kiyomizu-dera można wejść właściwie dwiema głównymi drogami: od strony Kiyomizu-zaka albo Chawan-zaka. Duża część odwiedzających trafia więc ostatecznie w te same wąskie ulice prowadzące pod świątynię.

Jeżeli zależy Wam przede wszystkim na samej świątyni, rozwiązanie jest dość proste: Kiyomizu-dera otwiera się już o 6:00 rano. My nie będziemy udawać, że każdego dnia wstawaliśmy przed świtem tylko po to, żeby mieć zdjęcie bez ludzi (nawet by nam się nie chciało tego robić xD). Normalnie świątynia jest otwarta do 18:00, z dłuższymi godzinami podczas wybranych wydarzeń i sezonowych wieczornych otwarć.

Tylko jest tutaj pewien kompromis. O szóstej rano zobaczycie świątynię znacznie spokojniej, ale część sklepów i lokali na prowadzących do niej uliczkach będzie jeszcze zamknięta. Jeśli chcecie też pochodzić po okolicy, coś zjeść i zobaczyć normalne życie tych ulic, musicie pogodzić się z większą liczbą ludzi.

Są też okresy, kiedy z tłumem trzeba liczyć się szczególnie. Najwięcej odwiedzających przyjeżdża podczas kwitnienia wiśni od końca marca do początku kwietnia oraz jesienią, mniej więcej od połowy listopada do początku grudnia. Mocno obciążony jest również okres Golden Week na przełomie kwietnia i maja. Akurat podczas naszego pobytu pod koniec kwietnia miasto uruchomiło dodatkowe informacje i kamery dotyczące zatłoczenia właśnie w związku ze spodziewanym ruchem w tym okresie.

Gion nie jest parkiem rozrywki

Gion jest chyba jednym z tych miejsc, przy których najbardziej widać, że ogromna popularność Kioto ma też drugą stronę. Dla turysty to stare uliczki, tradycyjna zabudowa, herbaciarnie i szansa, że gdzieś po drodze zobaczy geiko albo maiko. Tylko że dla mieszkańców to nadal normalna dzielnica, a nie atrakcja ustawiona pod zdjęcia.

Zacznijmy więc od tego, kim właściwie są geiko i maiko, bo poza Japonią częściej spotkacie po prostu słowo „geisha”. W Kioto używa się określenia geiko. To profesjonalne artystki szkolone między innymi w tradycyjnym tańcu, muzyce, śpiewie i prowadzeniu spotkań w herbaciarniach. Maiko jest uczennicą przygotowującą się do zostania geiko. To właśnie maiko zwykle wyróżniają się bardziej kolorowymi kimono, ozdobami we włosach i charakterystycznym makijażem. W Kioto ta kultura nadal normalnie funkcjonuje w pięciu tradycyjnych dzielnicach kagai, między innymi Gion Kobu, Gion Higashi i Pontocho.

I właśnie z ich popularnością wśród turystów był przez lata problem.

Ludzie potrafili zatrzymywać geiko i maiko na ulicy, chodzić za nimi, robić zdjęcia z bardzo bliska albo nawet próbować ich dotykać. Tymczasem jeśli widzicie geiko lub maiko idącą przez Gion, najczęściej jest po prostu w drodze do pracy albo na umówione spotkanie, a nie uczestniczy w pokazie dla przechodniów. W południowej części Gion zasady są więc bardzo jasne: nie zatrzymywać, nie śledzić i nie fotografować ich bez zgody.

Druga rzecz to same uliczki. Część wygląda tak, że łatwo uznać wszystko dookoła za przestrzeń publiczną, ale tak nie jest. W Gion są prywatne drogi i posesje, na które nie wolno wchodzić tylko dlatego, że dobrze wyglądają na zdjęciu. W części takich miejsc fotografowanie również jest zabronione.

Do tego dochodzi zwykłe blokowanie ulic. Hanamikoji i boczne uliczki nie są wielkimi deptakami. Jeżdżą tam samochody, ludzie wychodzą z domów i lokali, a grupa stojąca przez kilka minut na środku dla jednego zdjęcia potrafi zwyczajnie utrudnić wszystkim przejście. Dlatego w Gion przypomina się również o niewchodzeniu na jezdnię dla zdjęcia i nieblokowaniu ruchu.

Nam ten temat dobrze przypomniał, że podczas podróży łatwo czasem wejść w tryb „wszystko dookoła jest tutaj dla turystów”. W Gion zdecydowanie tak nie jest. Można spokojnie chodzić po dzielnicy i robić zdjęcia tam, gdzie jest to dozwolone. Jeśli jednak traficie na geiko albo maiko, najlepiej po prostu dać im przejść.

A jeśli chcecie faktycznie zobaczyć ich taniec i dowiedzieć się czegoś więcej o tej kulturze, są miejsca przygotowane właśnie do tego. Jednym z nich jest Gion Corner, gdzie odbywają się pokazy tradycyjnych sztuk Kioto. Są też organizowane spotkania i występy geiko oraz maiko, na które można normalnie kupić bilet albo zrobić rezerwację.

Gdzie spaliśmy w Kioto?

Na trzy noce wybraliśmy Hotel M’s Plus Shijo Omiya i za cały pobyt od 25 do 28 kwietnia zapłaciliśmy 1240 zł za dwie osoby.

Hotel leży praktycznie przy stacji Omiya, około dwóch minut pieszo od Hankyu Omiya i przystanku tramwaju Randen. Dla nas lokalizacja sprawdziła się bardzo dobrze, bo byliśmy wystarczająco blisko centrum, żeby sporą część miasta zwiedzać pieszo, a kiedy chcieliśmy pojechać dalej, komunikację mieliśmy właściwie pod nosem.

Sam pokój nie był duży. Po Tokio nie było to już dla nas wielkim zaskoczeniem, bo kompaktowe pokoje w japońskich hotelach zdążyliśmy poznać wcześniej. W M’s Plus najmniejsze pokoje mają zaledwie 12 m², kolejne warianty 15-16 m², więc nie jest to hotel, który wybiera się dla ogromnej przestrzeni. Na trzy noce spokojnie nam to jednak wystarczyło, szczególnie że większość dnia i tak spędzaliśmy poza hotelem.

Rezerwację mieliśmy bez śniadania i celowo tak ją wybraliśmy. Przy krótkim pobycie szkoda nam było zaczynać każdy dzień od hotelowego bufetu, skoro kilka minut od wyjścia mieliśmy sklepy i lokale, a jedzenie na mieście było jedną z rzeczy, które chcieliśmy sprawdzać przy okazji zwiedzania.

Jedzenie w Kioto

Na wybór jedzenia w Kioto naprawdę trudno narzekać. Ramen, sushi czy yakitori znajdziecie bez większego problemu, ale szybko zaczęliśmy trafiać też na rzeczy, których w Tokio albo nie zauważaliśmy, albo nie kojarzyliśmy wcześniej właśnie z Kioto.

Najlepszym miejscem, żeby zobaczyć tę różnorodność w jednym miejscu, był dla nas Nishiki Market. Nazwanie go po prostu street foodem byłoby trochę krzywdzące. To kryta, wąska ulica targowa mająca około 390 metrów długości, przy której działa ponad sto sklepów i lokali. Historia handlu w tym miejscu sięga kilkuset lat, a oficjalnie rynek rybny funkcjonował tutaj już na początku XVII wieku. Nie bez powodu Nishiki dostało przydomek „kuchni Kioto”.

Można tu kupić świeże ryby i owoce morza, warzywa z regionu Kioto, suszone produkty, przyprawy, kiszonki, tofu, słodycze albo gotowe rzeczy do zjedzenia od razu. Są grillowane szaszłyki, ostrygi, sushi, dashimaki, czyli japoński omlet z dashi, tempura czy hamo, ryba bardzo mocno związana z kuchnią Kioto. W innych witrynach leżą już rzeczy mniej oczywiste, jak yuba, czyli delikatna warstwa zbierająca się na powierzchni podgrzewanego mleka sojowego, albo nama-fu, produkt z glutenu pszennego używany w tradycyjnej kuchni.

I właśnie tutaj można trochę lepiej zrozumieć, czym różni się jedzenie kojarzone z Kioto. Duże znaczenie mają tofu, yuba, warzywa, kiszonki i dashi. Jest też obanzai, czyli domowe potrawy wywodzące się z kuchni mieszkańców Kioto, zwykle oparte na sezonowych warzywach i prostych składnikach. Z drugiej strony jest kaiseki, czyli wielodaniowa i znacznie bardziej elegancka kuchnia. Jedno miasto, a między tymi dwoma sposobami jedzenia jest naprawdę spora różnica.

Nishiki ma jednak jeden haczyk. Przy ilości jedzenia wystawionego praktycznie pod nos odruchowo chce się kupić coś i iść dalej, ale jedzenia podczas chodzenia po rynku się unika. Kupione rzeczy zjada się przy stoisku albo w przygotowanym miejscu. Ulica ma miejscami niewiele ponad trzy metry szerokości, więc przy dużym ruchu osoba idąca z jedzeniem w jednej ręce i telefonem w drugiej szybko zaczyna wszystkim przeszkadzać.

Płatności, gotówka i bankomaty

Po Tokio nie spodziewaliśmy się już tutaj większej rewolucji i faktycznie jej nie było. W Kioto też większość rzeczy płaciliśmy kartą, a gotówkę wypłacaliśmy chyba tylko raz. Co więcej, nawet tej wypłaconej kwoty nie zużyliśmy później jakoś szczególnie szybko.

To dobrze pokazuje, jak bardzo zmieniła się Japonia pod tym względem. Nadal można trafić na miejsca, gdzie gotówka jest jedyną opcją, szczególnie przy części świątyń, mniejszych lokalach czy drobnych zakupach, ale w hotelach, większych restauracjach, sklepach i konbini karta działa bardzo często. Oficjalne informacje turystyczne Kioto nadal radzą mieć przy sobie trochę jenów właśnie dlatego, że część opłat za wstęp do świątyń jest gotówkowa.

My nie nosiliśmy jednak ze sobą dużej ilości gotówki „na wszelki wypadek”. Kilka tysięcy jenów w portfelu spokojnie wystarczało jako zapas, a resztę wydatków robiliśmy kartą albo Suicą.

Z bankomatami też nie ma dramatu. Nie stoją co pięć metrów, ale w mieście naprawdę trudno uznać je za trudno dostępne. Najprostsze dla nas były ponownie bankomaty Seven Bank, które znajdziecie między innymi w sklepach 7-Eleven. Obsługują zagraniczne karty i mają menu w kilku językach.

Przy wypłacie zwróćcie tylko uwagę na jedną rzecz. Jeśli bankomat zapyta, czy chcecie rozliczyć transakcję w złotówkach czy w jenach, wybieraliśmy JPY. Wariant w PLN oznacza zwykle, że przeliczenie robi operator bankomatu w ramach DCC, zamiast zostawić przewalutowanie Waszemu bankowi albo karcie. Seven Bank sam opisuje obie opcje przy wypłacie zagraniczną kartą.

Co zobaczyliśmy w Kioto?

Nie chcieliśmy tutaj robić kolejnej listy atrakcji, bo ten wpis ma być bardziej o tym, jak wygląda sam pobyt w Kioto. Co innego wiedzieć, jak działa transport, gdzie nocować i ile gotówki mieć przy sobie, a co innego zdecydować, które miejsca faktycznie chcecie zobaczyć.

Przez te kilka dni dotarliśmy między innymi do Kiyomizu-dera, Gion, Nishiki Market i Bamboo Forest, a po drodze wpadło też sporo miejsc, których nie traktowaliśmy jako osobnego punktu do „odhaczenia”. Nie zrealizowaliśmy wszystkiego, co mieliśmy zapisane przed wyjazdem.

I chyba dobrze, bo przy Kioto bardzo łatwo ułożyć sobie plan, w którym od rana do wieczora biega się między kolejnymi świątyniami. Po kilku takich miejscach nazwy zaczynają się mieszać, a człowiek bardziej pilnuje następnego autobusu niż patrzy na to, gdzie właściwie jest 😄

Dlatego przygotowaliśmy osobny wpis o miejscach, które sami zobaczyliśmy w Kioto. Pokazujemy tam naszą trasę, co faktycznie zrobiło na nas wrażenie, gdzie tłumy były męczące, a które miejsca chętnie zobaczylibyśmy jeszcze raz. Bez dokładania atrakcji tylko dlatego, że pojawiają się na każdej liście „must see”.

Jeśli jesteście właśnie na etapie zaznaczania punktów na mapie, nasz osobny przewodnik po zwiedzaniu Kioto znajdziecie tutaj.

Ile kosztował nas pobyt w Kioto?

Jeśli zebrać nasze wydatki w jednym miejscu, pobyt w Kioto kosztował nas około 3263 zł za dwie osoby. W tej kwocie mamy trzy noclegi, przejazd Shinkansenem z Tokio i późniejszy powrót oraz codzienne wydatki na miejscu. Jeden z trzech dni przeznaczyliśmy przy tym na wyjazd do Nary.

Największą część budżetu zrobiły rzeczy opłacone jeszcze przed samym zwiedzaniem. Nocleg kosztował 1240,02 zł, a przejazdy Shinkansenem 1264,62 zł za nas oboje w obie strony. Razem to już około 2505 zł, czyli ponad trzy czwarte całej kwoty.

Na samo funkcjonowanie od 25 do 27 kwietnia zapisaliśmy w trackerze około 758 zł. Wchodzą w to restauracje, zakupy spożywcze, konbini, kawa, doładowania Suiki i inne drobniejsze wydatki. Daje to mniej więcej 253 zł dziennie na nas dwoje, już bez hotelu i przejazdu między Tokio a Kioto.

Wypłat z bankomatu nie liczymy jako osobnych kosztów, bo byłoby to podwójne liczenie tych samych pieniędzy. Z tego samego powodu traktujemy 758 zł bardziej jako orientację niż księgowość co do grosza, bo część jenów później wydawaliśmy gotówką.

Finalnie wychodzi więc około 1630 zł na osobę za trzy dni w Kioto, uwzględniając nocleg i Shinkansen w obie strony. I tu dobrze widać, gdzie naprawdę znikały pieniądze. Samo jedzenie, komunikacja i chodzenie po mieście nie były szczególnie drogie. Koszt całego wypadu mocno podnosił przede wszystkim dojazd szybkim pociągiem i nocleg.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *