Świątynia sensō-ji w tokio z tłumem zwiedzających na dziedzińcu Świątynia sensō-ji w tokio z tłumem zwiedzających na dziedzińcu

Tokio pierwszy raz – jak wyglądał nasz pierwszy pobyt w stolicy Japonii

Pierwszy raz w Tokio: nasze wrażenia, transport, płatności, jedzenie, noclegi i rzeczy, które zaskoczyły nas na miejscu. Bez listy atrakcji, za to praktycznie.

This post is also available in: Przełącz na EnglishEnglish

Spis treści

Cześć! 😄

Od naszego ostatniego wyjazdu dalszego niż wyprawa do Żabki po hot doga minęło trochę czasu. Po drodze mocno pochłonęła mnie praca, bo w tym roku po raz kolejny współorganizujemy w firmie event za granicą. W kolejce są więc już następne wyjazdy, które prędzej czy później też tutaj opiszemy.

Teraz wracamy jednak do podróży z kwietnia. Japonia chodziła nam po głowie od dawna, ale jakoś nigdy nie było nam z nią po drodze. Nie mieliśmy konkretnej daty, nie kupowaliśmy biletów, temat po prostu wisiał gdzieś z tyłu głowy. Aż nagle okazało się, że trafia mi się podróż służbowa do Tokio.

Jeśli ktoś ogląda produkcje Bartosza Walaszka, to zna ten kultowy tekst: „między Bogiem, a prawdą – gratis to uczciwa cena”. W przypadku opłaconego przelotu do Japonii ciężko było się z nią nie zgodzić XD Skoro część podróży i tak organizowała firma, dorzuciliśmy do tego nasz własny plan i Jadzia doleciała do mnie po zakończeniu firmowej części wyjazdu.

W tym wpisie zabieramy Was więc na nasze pierwsze spotkanie z Japonią. Będzie trochę tego, jak wyglądały moje pierwsze dni w Tokio podczas wyjazdu służbowego, a trochę tego, jak już razem z Jadzią zaczęliśmy normalnie zwiedzać i sprawdzać, jak ten kraj wygląda poza salą konferencyjną i hotelem.

Jak w ogóle trafiliśmy do Japonii?

Sam lot do Japonii opisaliśmy już w osobnym artykule, bo przydarzyła się dobra okazja, żeby sprawdzić biznes klasę Air China. Ja wyruszałem do Tokio tydzień wcześniej ze względu na pracę, a Jadzia dolatywała do mnie później już na naszą wspólną część wyjazdu.

Tokio obsługują dwa duże lotniska: Haneda (HND) i Narita (NRT). Haneda leży zdecydowanie bliżej miasta i do centrum można dostać się stamtąd mniej więcej w pół godziny. Narita jest dużo dalej, około 60 km od centrum Tokio, więc sam dojazd zajmuje zwykle około godziny albo więcej.

Dlatego przy wyborze biletu nie patrzyliśmy wyłącznie na cenę. Jeśli Narita wychodzi trochę taniej, ale później dokładacie dłuższy i droższy dojazd, różnica potrafi szybko przestać mieć znaczenie. My lecieliśmy na Hanedę i z perspektywy pierwszego pobytu w Tokio był to bardzo wygodny wybór.

Jeśli jesteście ciekawi, jak wyglądała biznes klasa Air China na trasie Warszawa – Pekin – Tokio, to całą relację opisaliśmy osobno. Możecie przejść do niej tutaj.

Z Jadzią mieliśmy przy okazji małą umowę. W jedną stronę korzystałem ze swojego służbowego biletu w biznes klasie, a w drodze powrotnej zapytaliśmy obsługę, czy możemy się zamienić miejscami. Bez żadnego problemu się zgodzili, więc Jadzia mogła sprawdzić, jak wygląda długi lot trochę wygodniej, a ja wróciłem na kilka godzin do ekonomicznej. Uczciwy układ 😄

Ile dni spędziliśmy w Tokio i jak zaplanowaliśmy pobyt?

Nasz wyjazd przypadł na kwiecień, czyli okres, na który Jadzia była mocno nastawiona ze względu na kwitnące wiśnie. Plan brzmiał dobrze, tylko natura miała trochę własne zdanie i kiedy Jadzia doleciała do Tokio, z pełnym sezonem sakury było już raczej po zawodach 😄

Całą podróż ułożyliśmy tak, żeby najpierw spędzić trochę czasu w Tokio, później pojechać do Kioto, a na koniec wrócić jeszcze na chwilę do stolicy. Stamtąd lecieliśmy dalej do Pekinu, gdzie zrobiliśmy sobie kilkudniowy stopover przed powrotem do Warszawy. Nie chcieliśmy więc potraktować Tokio jako jednego krótkiego przystanku, tylko zobaczyć je w dwóch częściach wyjazdu.

Rezerwowanie noclegów i części atrakcji zaczęliśmy już w styczniu. Przy kwietniowym terminie miało to sens, bo im bliżej wyjazdu, tym ceny hoteli potrafiły robić się coraz mniej przyjemne. Oczywiście nadal nie był to poziom Szwajcarii, gdzie czasem człowiek patrzy na cenę pokoju i zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie kupuje go na własność 🤣.

Przy pierwszym wyjeździe do Japonii dobrze też od razu zaakceptować jedną rzecz: nie zobaczycie wszystkiego. Tokio jest ogromne, Kioto też spokojnie potrafi wypełnić kilka dni, a dokładanie kolejnych miast tylko dlatego, że „skoro już jesteśmy w Japonii” szybko kończy się podróżą od dworca do dworca. My woleliśmy zostawić sobie trochę więcej czasu w dwóch miejscach niż zrobić objazd połowy kraju i wszędzie być przez kilka godzin.

Pomogło nam też podzielenie Tokio na konkretne części zamiast układania jednej wielkiej listy atrakcji. Jeśli danego dnia byliśmy po jednej stronie miasta, staraliśmy się nie jeździć trzy razy na drugi koniec tylko dlatego, że jakiś punkt dobrze wyglądał na mapie. Przy odległościach w Tokio takie przejazdy potrafią zjadać zaskakująco dużo dnia.

Nie rezerwowaliśmy jednak całej podróży co do godziny. Hotele, przejazdy między miastami i rzeczy, na których rzeczywiście nam zależało — tak. Resztę zostawiliśmy trochę luźniej. Przy pierwszym pobycie szybko okazało się, że samo chodzenie po Tokio i trafianie po drodze na miejsca, których wcześniej nie mieliśmy w planie, potrafi być równie ciekawe jak kolejny punkt zapisany w Google Maps.

Pierwsze wrażenia z Tokio

Pierwsze wrażenie? Tokio jest przeogromne. I to nie w takim sensie, że spojrzycie na mapę i zobaczycie duże miasto. Dopiero kiedy zaczniecie się po nim przemieszczać, zmieniać linie metra, wychodzić na kolejne ogromne skrzyżowania i widzieć tłumy ludzi praktycznie o każdej porze, zaczyna docierać do człowieka, z jaką skalą ma do czynienia.

My na co dzień dużo bardziej ciągniemy w stronę natury, przyrody i zieleni niż wielkich metropolii. Zresztą po naszej wyprawie motocyklowej trochę zmieniło się też podejście do samego podróżowania. Po kilku tygodniach jazdy przez różne kraje klasyczny schemat „samolot > hotel > zwiedzanie miasta” przestał być dla nas jedynym punktem odniesienia. Ale Tokio jednak było czymś takim ciekawym dla nas, że nie czujemy zmęczenia zwiedzaniem tej aglomeracji.

I od początku czuć, że kultura jest inna. Nie chodzi nawet o jedną konkretną rzecz. Po prostu wszystko działa trochę inaczej: sposób poruszania się ludzi, zachowanie w metrze, porządek, kolejki, sklepy, automaty, komunikaty, zasady, których nikt specjalnie Wam nie tłumaczy, ale wszyscy wokół zdają się je znać. Na początku trzeba się do tego rytmu trochę przyzwyczaić.

Tłumy potrafią przytłoczyć. Szczególnie pierwszego dnia, kiedy człowiek jest po długim locie, zmęczony i jeszcze próbuje zrozumieć, w którą stronę właściwie powinien iść. U mnie dochodził do tego jeszcze jeden drobiazg: byłem baranem i na lotnisku w Pekinie zostawiłem podróżny router i starego iPhone’a. Tak że moje pierwsze godziny w Tokio upłynęły trochę mniej na zachwycaniu się miastem, a trochę bardziej na zastanawianiu się, czy właśnie zostawiłem elektronikę w Chinach na zawsze 😆.

Na szczęście koleżanki z chińskiego oddziału firmy pomogły skontaktować się z lotniskiem w Pekinie i wszystko się odnalazło. Jeśli więc kiedyś coś tam zgubicie, to przynajmniej z naszego doświadczenia wynika, że nie trzeba od razu spisywać rzeczy na straty. W drodze powrotnej odebraliśmy wszystko całe i zdrowe.

Pierwszy tydzień spędziłem głównie w Akihabarze, bo tam odbywał się firmowy event. To jedna z najbardziej charakterystycznych części Tokio, kojarzona przede wszystkim z elektroniką, anime, mangą, salonami gier i neonami. Już samo wyjście wieczorem na ulicę daje poczucie, że człowiek trafił do miejsca, które przez lata oglądał gdzieś na zdjęciach albo w internecie. O poszczególnych dzielnicach napiszemy jeszcze osobno, bo gdybyśmy tutaj zaczęli dokładnie opisywać każdą z nich, ten wpis szybko zamieniłby się w małą książkę.

Jadzia przyleciała tydzień później i jej pierwsze wrażenie było trochę inne, głównie dlatego, że wysiadła z samolotu zmęczona. Mimo tego od razu zwróciła uwagę na skalę miasta, czystość i to, że przy całej tej zabudowie w Tokio jest zaskakująco dużo zieleni. Parki, drzewa przy ulicach, małe skwery i świątynie potrafią nagle pojawić się między dużymi budynkami i dać chwilę oddechu od całej reszty.

Komunikacja miejska w Tokio

Suica to słowo, które będzie Wam towarzyszyć przez sporą część podróży po Japonii, szczególnie jeśli zaczynacie od Tokio. To przedpłacona karta IC, którą przykładacie do bramki przy wejściu na stację i ponownie przy wyjściu. System sam wylicza należność za przejechaną trasę i pobiera ją z tej karty. Tą samą Suicą można też płacić w wielu sklepach czy automatach, więc po kilku dniach człowiek zaczyna jej używać trochę jak dodatkowej karty płatniczej.

Nie jest to zresztą jedyna taka karta w Japonii. W Tokio spotkacie również PASMO, działającą na podobnej zasadzie, a karty IC z innych regionów Japonii są w dużej mierze wzajemnie kompatybilne. PASMO można wykorzystywać zarówno w metrze, pociągach i autobusach, jak i do części płatności w sklepach.

My dodatkowo kolekcjonujemy różne karty transportowe z podróży, więc na początku pobytu kupiłem fizyczną, czerwoną Welcome Suica dla turystów. Później oddałem ją Jadzi, a swoją nową Suicę wrzuciłem już do Walleta w iPhonie. I to jest chyba najwygodniejsza wersja korzystania z transportu: telefon przykładacie do bramki dokładnie tak samo jak fizyczną kartę i jedziecie dalej.

Jest jednak jeden minus, o którym dobrze wiedzieć przed pierwszym przejazdem. Fizyczną Suicę najczęściej doładowujecie gotówką. Biletomaty na stacjach w większości przypadków nie działają tutaj tak, jak moglibyśmy się spodziewać po kraju, który pod wieloma względami kojarzy się z technologią.

Jeśli zabraknie Wam środków na karcie przy wyjściu ze stacji, najpierw trzeba uzupełnić saldo. I właśnie z tym mieliśmy ze dwa razy małą przygodę. Na Suice zostało za mało pieniędzy, a przed wyjściem ze strefy biletowej nie było bankomatu. Jeżeli dodatkowo nie macie przy sobie gotówki, robi się trochę niewygodnie. W naszym przypadku kończyło się tym, że ja szedłem po jeny, wracałem i dopiero wtedy mogliśmy rozliczyć przejazd.

Przy Suice w iPhonie problem praktycznie znika, bo kartę można doładować przez Apple Pay. Fizyczna karta jest fajna jako pamiątka, ale mobilna jest po prostu wygodniejsza.

Czy planują to zmienić? Generalnie JR East pracuje już nad dalszym rozwojem systemu w ramach projektu Suica Renaissance. Ma on być wdrażany stopniowo przez kolejne lata i mocniej łączyć Suicę z płatnościami cyfrowymi oraz innymi usługami. Nie jest to więc zmiana, która wydarzy się jutro, ale sam kierunek jest sensowny.

Metro, pociągi i reszta komunikacji

Sama komunikacja w Tokio wygląda na początku jak materiał szkoleniowy dla człowieka, który bardzo lubi mapy, liczby i systemy. Czyli dla mnie właściwie raj haha.

Problem w tym, że nie ma tu jednego „metra w Tokio”. Macie Tokyo Metro, Toei Subway, linie JR i jeszcze kilku prywatnych przewoźników kolejowych. Na mapie wszystko potrafi wyglądać jak jeden wielki kolorowy makaron, ale po dwóch czy trzech przejazdach zaczyna się w tym widzieć logikę.

Najważniejsze jest to, że przy codziennym jeżdżeniu nie musicie za każdym razem analizować taryfy konkretnego operatora. Przykładacie Suicę przy wejściu, jedziecie, przykładacie przy wyjściu i system rozlicza przejazd.

I działa to nie tylko w samym centrum Tokio. Kiedy jechaliśmy do Muzeum Kolejnictwa w Saitamie, przez całą trasę korzystaliśmy dokładnie w ten sam sposób: karta na początku, karta na końcu i opłata została naliczona automatycznie. Bez kupowania osobnych papierowych biletów i liczenia stref.

Do tego dochodzą autobusy, ale podczas naszego pobytu zdecydowaną większość tras robiliśmy pociągami i metrem. Najbardziej zaskoczyło nas chyba to, że system, który na pierwszy rzut oka wydaje się absurdalnie rozbudowany, na miejscu działa bardzo sprawnie. I tak, pociągi faktycznie potrafią przyjechać wtedy, kiedy są napisane w rozkładzie. Dla człowieka wychowanego na polskiej kolei jest to momentami doświadczenie niemal egzotyczne 😄

Nie będziemy tutaj rozpisywać, czym różni się Tokyo Metro od Toei, jak wybierać linie, jakie aplikacje sprawdzają się najlepiej i czy opłacają się bilety czasowe, bo wtedy z tej jednej sekcji zrobiłby nam się drugi artykuł. Komunikację miejską w Tokio opisujemy osobno, razem z Suicą, przesiadkami, operatorami i rzeczami, które przy pierwszym przejeździe mogą wyglądać znacznie straszniej niż są w rzeczywistości.

Shinkansen z Tokio – jeśli chcecie ruszyć dalej po Japonii

Jeżeli Tokio jest tylko pierwszym przystankiem Waszej podróży, to prędzej czy później prawdopodobnie pojawi się temat Shinkansena. My korzystaliśmy z niego przy przejeździe do Kioto i z powrotem, ale nie będziemy tutaj robić pełnego poradnika kolejowego – bardziej kilka rzeczy, które dobrze wiedzieć na początku.

W kierunku Kioto i Osaki z Tokio korzystacie z linii Tokaido Shinkansen. Najwygodniejsze punkty startowe w mieście to Tokyo Station oraz Shinagawa Station, więc nie zawsze trzeba jechać specjalnie na główny dworzec Tokyo. Jeśli mieszkacie bliżej południowej części miasta, Shinagawa może być po prostu wygodniejsza.

Na trasie spotkacie trzy główne rodzaje pociągów: Nozomi, Hikari i Kodama. Nie oznaczają one trzech różnych standardów podróży, tylko przede wszystkim różną liczbę postojów. Nozomi zatrzymuje się najmniej razy i jest najszybszy, Hikari ma kilka dodatkowych przystanków, a Kodama zatrzymuje się praktycznie na każdej stacji.

Do tego dochodzi wybór miejsca. Możecie kupić bilet z rezerwacją konkretnego fotela albo skorzystać z wagonów non-reserved, gdzie po prostu wsiadacie i zajmujecie wolne miejsce. W Nozomi zwykle tylko część wagonów jest przeznaczona dla pasażerów bez rezerwacji, a przy popularnych terminach może się zrobić ciasno. Jeśli jedziecie w konkretny dzień i nie chcecie zastanawiać się, czy usiądziecie obok siebie, rezerwacja miejsca jest po prostu spokojniejszą opcją.

Jest też Green Car, czyli odpowiednik wyższej klasy: więcej miejsca i spokojniejszy wagon. Przy zwykłym przejeździe Tokio-Kioto nie czuliśmy potrzeby dopłacania, bo standardowe siedzenia w Shinkansenie i tak są wygodne (w porównaniu do wagonów PKP Intercity – serio, jest wygodnie)

Sam zakup biletu nie jest szczególnie skomplikowany. Można zrobić to w automacie z angielskim menu albo wcześniej online. My temat Shinkansenów rozpiszemy dokładniej przy przejeździe Tokio-Kioto, razem z cenami, rezerwacją miejsc i tym, jak wyglądało to w praktyce.

Płatności w Tokio

Japonia przez lata była krajem mocno przywiązanym do gotówki. Jeszcze w 2010 roku płatności bezgotówkowe odpowiadały za zaledwie około 13% wydatków konsumenckich, a dopiero w 2024 roku ich udział przebił 40%. To i tak pokazuje, jak szybko ten rynek się zmienia, bo przez długi czas karta nie była tutaj tak oczywistym sposobem płacenia jak chociażby w Polsce.

Gotówka miała też po prostu mocną pozycję w codziennym życiu. Japonia długo wyróżniała się bardzo dużą ilością banknotów pozostających w obiegu względem wielkości gospodarki, a spora część oszczędności gospodarstw domowych była trzymana w gotówce i depozytach.

Tyle historii. Jak wygląda to z perspektywy turysty w Tokio? Dużo normalniej, niż można się spodziewać po tych wszystkich opowieściach o „kraju gotówki”.

My przez zdecydowaną większość wyjazdu płaciliśmy kartą. Gdybyśmy mieli strzelać, to spokojnie około 90-95% codziennych transakcji załatwialiśmy bez wyciągania banknotów. Restauracje, sklepy, hotele czy większe atrakcje nie robiły nam problemów z kartą. Gotówka pojawiała się głównie przy mniejszych punktach, niektórych automatach i przede wszystkim przy doładowywaniu fizycznej Suiki, o czym pisaliśmy wyżej.

Korzystaliśmy z Revoluta, ale nie ma tu większego znaczenia, czy będzie to Revolut, Wise czy karta Waszego banku. Najważniejsze, żeby przed wyjazdem sprawdzić dwie rzeczy: jak bank przelicza transakcje w jenach i czy dorzuca własną prowizję za płatność w obcej walucie.

Dobry przelicznik nie oznacza, że karta musi mieć wielki napis „travel”. Chodzi o to, żeby kurs był możliwie blisko kursu Visa lub Mastercard albo kursu rynkowego i żeby bank nie dokładał do tego kilku procent własnej marży. Jeśli terminal albo bankomat zapyta Was natomiast, czy chcecie zapłacić w jenach czy od razu w złotówkach, wybierajcie JPY. Ta druga opcja to DCC, czyli przeliczenie robione przez operatora terminala lub bankomatu, często razem z dodatkowym narzutem.

Gotówki mimo wszystko trochę wypłacaliśmy. Najczęściej korzystaliśmy z bankomatów Seven Bank, czyli tych stojących między innymi w 7-Eleven. Zagraniczne karty Visa czy Mastercard są tam normalnie obsługiwane, a pojedyncza wypłata zagraniczną kartą może wynosić do 100 000 jenów.

Co jedliśmy podczas naszego pobytu?

Prawie wszystko, co wpadło nam w ręce. Tak, McDonald’s też był. I nie, japoński McDonald’s nie odmienił naszego życia. Był McDonald’sem, tylko w Japonii 😄

Dużo ciekawiej było oczywiście poza sieciówkami. Jedliśmy sushi, rameny, różne dania z makaronem, grillowane mięso i warzywa, szaszłyki, ryż, ryby i sporo rzeczy, których nazw po kilku miesiącach nie pamiętamy już co do jednej. I chyba właśnie tak najlepiej podeszliśmy do jedzenia w Tokio: zamiast odhaczać listę „must eat”, po prostu wchodziliśmy w miejsca, które wyglądały ciekawie, i sprawdzaliśmy.

Jeszcze podczas mojej części służbowej trafiła się kolacja firmowa, na której jedzenie wpadało na stół po kolei w małych porcjach. Były między innymi yakitori, tsukune podawane z surowym żółtkiem, grillowane grzyby shiitake, warzywa i kilka innych szaszłyków z różnych części kurczaka. Do tego małe porcje makaronu i kolejne dodatki. I to akurat było bardzo dobre, bo zamiast jednego dużego dania można było spróbować po trochu kilku rzeczy.

Nie będziemy udawać, że po jednej kolacji znamy całą japońską kuchnię, ale właśnie takie jedzenie podobało nam się najbardziej: bez wielkiej ceremonii, za to z dużą różnorodnością i możliwością próbowania kolejnych rzeczy po trochu.

Ramen i słynna granica 1000 jenów

Przy ramenie jest ciekawy lokalny temat. Przez lata funkcjonowała w Japonii tzw. „bariera 1000 jenów”. Nie ma żadnego przepisu mówiącego, że ramen musi kosztować mniej niż 1000 JPY. Chodzi bardziej o społeczne oczekiwanie, że jest to szybkie, dobre i przede wszystkim stosunkowo tanie jedzenie.

Tyle że również w Japonii ceny rosną. Składniki, energia i praca są droższe, więc coraz więcej restauracji zaczęło tę granicę przebijać. W Tokio spokojnie zobaczycie ramen za 1000–1500 JPY i więcej, szczególnie jeśli dochodzą dodatki. Nadal jednak można zjeść bardzo sensownie bez zostawiania w restauracji fortuny.

Sushi nie zawsze oznacza elegancką restaurację

Podobnie z sushi. Możecie oczywiście znaleźć miejsca, gdzie kolacja kosztuje ogromne pieniądze, ale możecie też wejść do zwykłej restauracji z taśmą, usiąść przy stoliku, zamawiać kolejne talerzyki z ekranu i wyjść najedzeni bez finansowej katastrofy.

I właśnie takie miejsca najbardziej nam pasowały. Bez ceremonii, bez wcześniejszej rezerwacji i bez poczucia, że musimy wiedzieć wszystko o każdym kawałku ryby. Siadamy, wybieramy, próbujemy.

7-Eleven, FamilyMark oraz Lawson

Jeżeli byliście już wcześniej gdzieś w Azji, to z dużą szansą przynajmniej jedną z tych marek już kojarzycie. Szczególnie 7-Eleven, którego trudno nie zauważyć chociażby w Tajlandii. Jeśli jednak Japonia jest Waszym pierwszym wyjazdem w tę część świata, to bardzo szybko poznacie nowe słowo: konbini.

Tak Japończycy nazywają swoje convenience stores, czyli niewielkie sklepy działające zwykle bardzo długo, a często przez całą dobę. Tylko że porównanie ich do naszego sklepu osiedlowego trochę nie oddaje skali zjawiska. W Japonii działa ponad 50 tysięcy konbini, a trzy największe sieci to właśnie 7-Eleven, FamilyMart i Lawson. W Tokio naprawdę trudno przejść dłuższy kawałek bez trafienia na któryś z nich.

Sam 7-Eleven nie jest zresztą japońskim pomysłem – marka wywodzi się ze Stanów Zjednoczonych. Japońska historia zaczęła się w 1974 roku, kiedy pierwszy sklep otwarto w Toyosu w Tokio po zawarciu umowy licencyjnej z amerykańską Southland Corporation. Rok później część sklepów zaczęła działać całodobowo. Przez kolejne dekady Japończycy rozwinęli ten format do tego stopnia, że dziś 7-Eleven jest jednym z najbardziej charakterystycznych elementów codziennego krajobrazu kraju.

I właśnie ta skala robi wrażenie. Idziecie ulicą – 7-Eleven. Skręcacie za róg – FamilyMart. Kawałek dalej Lawson. Po kilku dniach przestajecie zwracać uwagę na to, jak często je mijacie, bo stają się po prostu częścią miasta.

My korzystaliśmy z nich właściwie codziennie. Oczywiście chodziliśmy do restauracji na ramen, sushi czy inne rzeczy, które opisywaliśmy wyżej, ale śniadania bardzo często kończyły się właśnie w 7-Eleven. Było szybko, pod ręką i bez szukania od rana miejsca, które akurat jest otwarte.

Najczęściej wpadały onigiri – te charakterystyczne trójkąty z ryżu, zwykle z nadzieniem w środku i nori na zewnątrz. Do tego kanapki, kawa, coś słodkiego albo inne małe przekąski. Wybór jest ogromny i nie kończy się na produktach „na zimno”. Są też bentō, makarony, curry, dania z ryżem i sporo gotowych rzeczy, które można odgrzać. Największe sieci regularnie zmieniają ofertę i konkurują między sobą własnymi produktami.

Wieczorami zdarzało nam się więc kupić gotową kolację w 7-Eleven i odgrzać ją już w wynajętym pokoju. Nie traktowaliśmy tego jako awaryjnego jedzenia, kiedy wszystko inne zawiodło. Po całym dniu chodzenia po Tokio możliwość wejścia do sklepu, wybrania czegoś sensownego i powrotu do pokoju była czasem dokładnie tym, czego potrzebowaliśmy.

Konbini pełnią też znacznie więcej funkcji niż zwykły sklep. Można tam wypłacić gotówkę, wydrukować dokumenty, nadać albo odebrać przesyłkę, kupić bilety, a mieszkańcy korzystają z nich również do opłacania rachunków. Dlatego są bardziej elementem codziennej infrastruktury niż tylko miejscem, do którego wpada się po colę i chipsy.

Zakwaterowanie

Przy szukaniu noclegu w Tokio szybko zauważycie jedną rzecz: duży pokój nie jest tu czymś oczywistym. W mieście, gdzie każdy metr przestrzeni ma znaczenie, wiele hoteli stawia raczej na kompaktowy pokój z łóżkiem, łazienką i miejscem na bagaż niż na ogromną przestrzeń do życia. Nam akurat zupełnie to nie przeszkadzało, bo przez większość dnia i tak byliśmy poza pokojem.

Pierwszy tydzień spędziłem w Nogha Hotel Akihabara Tokyo, praktycznie w samym środku Akihabary. To był normalny hotel z recepcją i restauracją na parterze. Pokój nie należał do dużych, ale łóżko było bardzo wygodne, wszystko było dobrze urządzone, a przy wyjeździe służbowym lokalizacja miała dla mnie większe znaczenie niż dodatkowe kilka metrów podłogi.

Kiedy Jadzia doleciała do Tokio, przenieśliśmy się już w okolice Nishi-ojima Station. Tym razem zamiast klasycznego hotelu wybraliśmy Home Story in Tokyo Aerial, czyli lokal oferowany na Bookingu jako homestay. W praktyce był to bardziej mały, samodzielny apartament niż „homestay” rozumiany jako mieszkanie razem z gospodarzem.

W Japonii spotkacie na takie noclegi określenie minpaku. Chodzi o prywatne mieszkania albo domy udostępniane podróżnym na krótki pobyt. Nie muszą oznaczać mieszkania razem z właścicielem — często dostajecie cały lokal tylko dla siebie. Od 2018 roku takie obiekty podlegają w Japonii osobnym regulacjom i legalnie działający minpaku musi być odpowiednio zgłoszony.

Hotel czy mieszkanie w Tokio?

Różnicę zauważyliśmy od razu. Apartament był większy od pokoju hotelowego i miał małą kuchnię, stół, pralkę oraz normalną łazienkę. Po kilku dniach w podróży takie rzeczy zaczynają mieć znaczenie. Szczególnie kuchnia, bo idealnie nadawała się do podgrzewania tych wszystkich gotowych dań przytaszczonych wieczorem ze sklepu 😄

Nie oznacza to oczywiście wielkiego mieszkania w europejskim rozumieniu. Korytarz był bardzo wąski, przestrzeń wykorzystana praktycznie co do centymetra i kilka osób z dużymi walizkami szybko zrobiłoby tam korek. Ale dla nas było już dużo swobodniej niż w typowym pokoju hotelowym.

Przy pierwszym wyjeździe do Tokio patrzylibyśmy więc przede wszystkim na lokalizację względem stacji, a dopiero później na liczbę metrów kwadratowych. Jeśli planujecie codziennie zwiedzać różne części miasta, możliwość dojścia w kilka minut do metra albo kolei jest znacznie bardziej przydatna niż większy pokój, do którego wracacie tylko wieczorem.

Co udało nam się zwiedzić?

Tokio jest na tyle duże, że przy pierwszym pobycie szybko odpuściliśmy sobie podejście w stylu: rano jedna atrakcja na wschodzie miasta, potem coś po drugiej stronie, a wieczorem jeszcze powrót gdzieś pośrodku. Na mapie wszystko może wyglądać na stosunkowo blisko, ale kiedy dojdą dojścia do stacji, przesiadki i samo poruszanie się po ogromnych dworcach, część dnia potrafi zniknąć na przemieszczaniu się.

Dlatego dużo wygodniej było nam układać dni wokół konkretnych części Tokio. Jeśli jechaliśmy w okolice Shibuya i Harajuku, zostawaliśmy tam na dłużej. Podobnie z Akihabarą, Asakusą, Ueno, Shinjuku czy bardziej centralnymi okolicami Ginza i Tokyo Station. Każda z tych części miasta jest na tyle inna i ma tyle rzeczy do zobaczenia w pobliżu, że spokojnie można spędzić tam kilka godzin bez robienia co chwilę wycieczki przez pół Tokio.

To podejście miało jeszcze jedną zaletę: zostawiało czas na miejsca, których wcześniej w ogóle nie mieliśmy zapisanych. Tokio nie jest miastem, w którym chcieliśmy tylko przejść od punktu A do punktu B, zrobić zdjęcie i odjechać. Sporo ciekawych rzeczy znajdowaliśmy po drodze, właśnie dlatego, że nie próbowaliśmy każdego dnia realizować planu z dokładnością do piętnastu minut.

Nie będziemy tutaj rozpisywać wszystkich świątyń, muzeów, punktów widokowych i dzielnic, bo wtedy ten artykuł znowu urósłby do rozmiaru małej książki. W osobnym wpisie pokazujemy dokładnie, co udało nam się zobaczyć w Tokio, jak łączyliśmy poszczególne miejsca i które z nich faktycznie zostały nam w pamięci.

Czy Tokio jest drogie? Nasze realne wydatki

Przed wyjazdem spodziewaliśmy się, że Tokio będzie jednym z droższych punktów całej podróży. Finalnie wyszło trochę inaczej: drogi był przede wszystkim termin wyjazdu i dostanie się do Japonii, a codzienne funkcjonowanie na miejscu już niekoniecznie.

Jadzia leciała w kwietniu, czyli w jednym z najbardziej popularnych okresów na Japonię, a dodatkowo musieliśmy dopasować jej lot do mojego pobytu służbowego. Nie było więc wielkiego polowania na najtańszy termin. Bilet Air China na trasie Warszawa – Pekin – Tokio i z powrotem kosztował 4140 zł. Mój bilet w biznes klasie kosztował prawie 13 000 zł, ale tutaj rachunek brała na siebie firma, podobnie jak pierwszy hotel w Akihabarze.

Wspólny nocleg w Tokio wyglądał już dużo bardziej normalnie. Za 7 nocy w Home Story in Tokyo Aerial zapłaciliśmy 3050 zł, czyli około 435 zł za noc za dwie osoby. Jak na Tokio w kwietniu i osobne mieszkanie z kuchnią, nie uznaliśmy tego za szczególnie złą cenę. Sezon sakury potrafi mocno podbijać ceny noclegów, więc wcześniejsza rezerwacja naprawdę miała tutaj sens.

Dużo bardziej zaskoczyły nas codzienne wydatki. Jedzenie wcale nie było tak drogie, jak zakładaliśmy. Zwykłe obiady często zamykały się w 50-120 zł za dwie osoby, sushi potrafiło kosztować podobnie, a śniadania czy zakupy w 7-Eleven albo Lawson często wychodziły po kilkanaście–kilkadziesiąt złotych. To dobrze pasuje do tego, że zwykłe zestawy obiadowe czy ramen nadal często można znaleźć w okolicach 1000 jenów.

Transport też nie był czymś, co mocno bolało przy każdej podróży. Suicę doładowywaliśmy regularnie niewielkimi kwotami i przy normalnym zwiedzaniu pojedyncze przejazdy ginęły gdzieś między kolejnymi wydatkami. Nie będziemy tu wrzucać całej kategorii transportu z naszego trackera, bo miesza się w niej również Kioto i później Pekin, a Shinkanseny opiszemy osobno.

Podobnie z atrakcjami. Tokyo Skytree kosztował nas 155 zł za dwie osoby, teamLab Planets 245 zł, a Muzeum Kolejnictwa 70 zł. Nie są to kwoty symboliczne, ale też nie one decydowały o tym, czy wyjazd robił się drogi.

Cały tracker pokazuje nam 16 381,93 zł, ale ta suma obejmuje już nie tylko Tokio, lecz również Kioto, Shinkanseny, przeloty do Pekinu i część wydatków w Chinach. Dlatego nie ma sensu przedstawiać jej jako „koszt Tokio”.

Po tym wyjeździe powiedzielibyśmy raczej tak: Tokio jest drogie głównie wtedy, kiedy drogo do niego lecicie i późno rezerwujecie nocleg. Kiedy jesteście już na miejscu, można jeść, jeździć komunikacją i zwiedzać bez poczucia, że każde wyjście z pokoju kosztuje fortunę. My spodziewaliśmy się większego finansowego zderzenia z rzeczywistością, a finalnie codzienne ceny okazały się całkiem rozsądne.

Czy wrócilibyśmy jeszcze raz do Tokio?

Oczywiście, że tak. Tylko przy kolejnym wyjeździe mniej zależałoby nam na ponownym odhaczaniu tych samych miejsc, a bardziej na wejściu trochę głębiej w samo miasto i całą aglomerację.

Tokio przypomina nam pod tym względem największe metropolie w Stanach czy Emiratach. Możecie spędzić tam tydzień, dwa tygodnie albo miesiąc i nadal zostanie ogrom rzeczy, których nawet nie dotknęliście. I nie chodzi wyłącznie o muzea, świątynie czy kolejne punkty z przewodnika. Czasami równie dobrze można wieczorem wysiąść dwie stacje wcześniej, przejść się po dzielnicy, wejść gdzieś coś zjeść i zobaczyć fragment miasta, którego wcześniej nawet nie mieliście na mapie.

Przy następnym wyjeździe właśnie tego chcielibyśmy więcej. Mniej biegania za konkretnymi punktami, więcej spokojnego poznawania kolejnych dzielnic i miejsc poza najbardziej oczywistymi częściami Tokio. Przy takiej skali miasta jeden pobyt daje raczej pierwsze rozeznanie niż poczucie, że „cyk – Tokio odhaczone”.

Stali czytelnicy mogli też zauważyć, że w tym artykule nie wydzieliliśmy osobnej sekcji o bezpieczeństwie. Powód jest prosty: podczas pobytu nie mieliśmy żadnej sytuacji, która kazałaby nam szczególnie się nad tym zastanawiać. Czuliśmy się bardzo bezpiecznie zarówno w dzień, jak i wieczorem, w metrze, na ulicach czy wracając późno do noclegu.

Japonia ma jednak trochę inne ryzyka niż te, które zwykle mamy w głowie przy planowaniu wyjazdu. Trzęsienia ziemi są tutaj normalnym elementem rzeczywistości, do tego dochodzą tajfuny czy ryzyko tsunami. Nie jest to powód, żeby rezygnować z podróży, ale przed wyjazdem dobrze wiedzieć, jak zachować się podczas trzęsienia ziemi i zwracać uwagę na lokalne komunikaty. Oficjalne systemy ostrzegania są tutaj mocno rozwinięte właśnie dlatego, że kraj regularnie mierzy się z takimi zjawiskami.

Drugim coraz częściej poruszanym tematem jest liczba turystów. W najpopularniejszych częściach Japonii overtourism przestał być abstrakcyjnym hasłem i lokalne władze coraz mocniej próbują kierować odwiedzających również poza najbardziej znane miejsca. Dla nas to kolejny argument, żeby następnym razem nie ograniczać się do Shibuyi, Shinjuku czy Akihabary, tylko zobaczyć trochę więcej zwykłego Tokio.

Na pewno nie przylecielibyśmy jednak do Japonii tylko po to, żeby ponownie spędzić cały wyjazd w stolicy. Tokio chcemy jeszcze zobaczyć, ale bardziej jako część kolejnej podróży po kraju. Japonia jest po prostu za duża i za różnorodna, żeby po Tokio i Kioto uznać temat za zamknięty.

Pierwszy wyjazd wystarczył nam więc do jednej odpowiedzi: tak, wrócimy. Tylko następnym razem chcemy trochę mniej oglądać Japonię z listy atrakcji, a trochę bardziej zobaczyć, jak wygląda poza miejscami, do których jadą wszyscy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *